KategorieFilozofiaJęzykoznawstwoPrzemyślenia

O języku, swobodzie wypowiedzi i słowie „Murzyn”

Krótko po czerwcowych protestach ruchu Black Lives Matter rozpętała się w polskim Internecie medialna burza wokół używania słów „Murzyn” i „Murzynka”. Ówczesny dyskurs przesiąknięty był na wskroś rasistowskimi argumentami i konserwatywnymi sentymentami („zawsze było dobrze, po co coś zmieniać”). Pojawiły się też językoznawcze analizy, odwołujące się do historycznego użycia tego słowa i utrzymujące, że nie ma podstaw do jego stygmatyzacji. Niecały tydzień temu temat wrócił, bo pojawiło się nieoficjalne stanowisko Rady Języka Polskiego (RJP), które stanowczo neguje wcześniejszy „konsensus”, przypisując słowu „Murzyn” zdecydowanie pejoratywne (negatywne) konotacje. Za pierwszym razem szansa do wypowiedzenia się przeleciał mi koło nosa – jakby nie patrzeć temat wpisuje się w językoznawstwo, główny obszar mojej naukowej specjalizacji. Tym razem jednak nie odpuszczę, bo jest w nim wiele interesujących problemów do przedyskutowania. Zanim jednak wytoczę najcięższe lingwistyczne działa zacznijmy od czegoś lżejszego: od ideologii i wolności słowa (czy napisałem lżejszego? Sorry).  

Argumentem powtarzanym jak mantra przy okazji jakichkolwiek prób ingerencji w kulturę, jest to że oto pewna grupa Innych próbuje przeforsować swoją ideologię. Nie inaczej jest w przypadku zmian językowych, przez co decyzja RJP określona została jako „ideologicznie umotywowana”. To argument równie prosty co perfidny w swoich założeniach. Oczywiście, że jest to decyzja ideologiczna, co do tego nie powinno być wątpliwości. Wypada jednak dodać jakaż to nikczemna ideologia kryje się w oświadczeniu RJP: chodzi mianowicie o prawo każdego człowieka do godności. Wiele osób czarnoskórych odbiera słowo „Murzyn” jako obraźliwe, więc w odpowiedzi ludzie chcący ich decyzję uszanować odchodzą od używania tego słowa. Nie ma w tym żadnego drugiego dna. Argument z ideologią zatrzymuje się jednak w pół drogi, w tym wygodnym obszarze semantycznego niedookreślenia. „O jaką ideologię chodzi? No, o ideologię, po prostu. Nie wiem, może kulturowy marksizm?” Albo nie dostajemy żadnego wyjaśnienia albo musimy się zadowolić się jakąś mgliście zdefiniowaną pojęciową łatką i w żadnym razie nie powinniśmy zadawać niewygodnych pytań.

Drugą najczęstszą kontrą do propozycji zmian języka jest zagrożenie wolności słowa. Kiedy używanie pejoratywnie nacechowanego słowa spotyka się z krytyką społeczną i jakąś współczesną formą ostracyzmu (kultura unieważniania, zablokowanie konta na Twitterze, zwolnienie w przypadku osoby publicznej itp.) podnosi się larum, że swoboda wypowiedzi „ofiary” owego ostracyzmu została naruszona. Nota bene dokładnie tego samego argumentu używają niektórzy prawicowi publicyści, odmawiający posługiwania się właściwym imieniem osoby transseksualnej/niebinarnej lub stosowania odpowiednich zaimków osobowych – tak było chociażby z Margot. Argument ten w obydwu przypadkach opiera się na błędnej definicji wolności słowa.

Wolność słowa to nie prawo do platformy ani wolność od konsekwencji. Spróbuję posłużyć się tu prostym eksperymentem myślowym, żeby zademonstrować tę zależność. Powiedzmy, że wybrałem się do Wydziału Fizyki i Astronomii z chęcią wygłoszenia wykładu na temat mojej autorskiej próby pogodzenia mechaniki kwantowej i ogólnej teorii względności. Dodajmy, że nie mam żadnego formalnego wykształcenia w tym kierunku, więc moje rozumienie tych teorii jest na poziomie doinformowanego laika, a poruszony przeze mnie problem teoretyczny jest, delikatnie mówiąc, karkołomny. Czy jeżeli zostanę odesłany z kwitkiem to moja wolność słowa została naruszona? Skądże. Nikt nie wkłada mi w usta literalnego czy metaforycznego knebla. Nie przyjeżdża po mnie policja polityczna. Nie otrzymuję jedynie dostępu do pewnej platformy, ponieważ nie posiadam wymaganych kompetencji, żeby wypowiadać się na wybrany temat. Podjęcie decyzji o odprawieniu mnie leży wyłącznie w gestii Uniwersytetu. Byłoby czystym absurdem oczekiwać, że Uniwersytet przystanie na moją prośbę w imię poszanowania prawa do swobodnego wygłaszania poglądów. Śmiem podejrzewać nawet, że cała instytucja uniwersytetu by się sypnęła, gdyby każdy przechodzień mógł z ulicy wparować do sali wykładowej ze swoim przemyśleniami na dowolny temat.

Kontynuujmy jednak nasz eksperyment. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, żebym wygłosił swój „wykład” w wynajętym przez siebie pomieszczeniu konferencyjnym. Dziekan wspomnianego Wydziału (ani nikt inny) nie może zadzwonić na policję, żeby zainterweniowała i mnie „uciszyła”. Gdyby udało mi się zyskać trochę medialnego rozgłosu, to być może szczegóły mojego wystąpienia dotarłyby nawet do fizyków – ludzi, którzy rzeczywiście znają się na rzeczy i którzy bez wątpienia byliby w stanie rozerwać moją „teorię” na strzępy. Czy ich miażdżąca krytyka byłaby naruszeniem mojej wolności słowa? Również nie, bo wygłosiłem swój wykład bez problemu – komplikacje pojawiły się dopiero po fakcie i wciąż nie powstrzymują mnie przed dalszym szerzeniem swoich wydumanych (i błędnych) przemyśleń. Drwiące komentarze fizyków oczywiście mogłyby mnie uciszyć  w sposób pośredni, wpływając na moje poczucie wstydu, ale co do zasady na żadnym etapie nie zostałem pozbawiony przysługującej mi swobody wypowiedzi. Mało tego, gdyby zabronić tym fizykom krytycznej analizy mojego wykładu, to należałoby się zacząć zastanawiać co z ich wolnością wypowiedzi.

Wystarczy teraz zamienić w tej analogii moją teorię na słowo „Murzyn”, uniwersytet na radio/gazetę/telewizję, fizyków na aktywistów społecznych, a mnie… na kogoś innego. Czyli wolność słowa to nie prawo do platformy: tak jak uniwersytet ma prawo odmówić komuś dostępu do swojej platformy, tak samo stacja radiowa, może kogoś tej platformy pozbawić – podmioty te mogą same decydować o tym kto będzie ich reprezentował. Jeżeli boli Was, że podmioty prywatne uginają się pod presją opinii publicznej, wińcie nie „autorytarną lewicę” tylko kapitalizm, ale o tym za moment. Wolność słowa nie oznacza również wolności od konsekwencji: kontrowersyjne wypowiedzi będą spotykać się z negatywną reakcją, czy to ze strony fizyków w przypadku dziwnych teorii czy aktywistów i myślicieli w przypadku posługiwania się językiem uznawanym za obraźliwy. Uciszanie krytyków niesłusznie rozszerza wolność słowa jednej jednostki kosztem wolności słowa innych jednostek (owych krytyków).

Być może chodzi Wam też po głowie myśl „ale czy to nie jest cenzura?” Nie sądzę. Z cenzurą zwykle mamy do czynienia, kiedy podmioty tracą swoją autonomię w decydowaniu komu będą przyznawać dostęp do swojej platformy. Coś takiego mamy w sytuacji państw autorytarnych z „jedyną słuszną doktryną”, narzucaną odgórnie wszystkim innym podmiotom (uniwersytetom, gazetom, telewizji itd.). Przyznaję jednak, że współczesne przypadki unieważniania (cancelling), czyli swego rodzaju bojkotu społecznego, należy rozpatrywać we właściwym im kontekście. Lewica potrafi być szczególnie wyczulona na zachowania odbiegające od przyjętych wzorców, reagując stanowczo nawet na ich najdrobniejsze przejawy – o ile jest w ogóle w stanie dojść do porozumienia, co do tego jak wspomniane wzorce powinny wyglądać. Z uwagi na to, jak skomplikowana potrafi to być sprawa, w problematykę cancel culture nie będę się dalej zagłębiał w tym eseju.

Wracając do mojej analogii, może się wydawać, że jej użyteczność kończy się, kiedy dotrzemy do problemu decydowania o tym komu platforma do głoszenia wypowiedzi jest udzielana. Powiedzmy, że Facebook udziela swojej platformy ludziom dezinformującym innych (ot, taka czysto hipotetyczna sytuacja). W odpowiedzi publika, lub pewny jej wycinek, zaczyna domagać się zdjęcia treści z platformy. Czy ugięcie się Marka Zuckerberga pod presją i usunięcie kontrowersyjnego materiału oznaczać będzie, że czyjaś wolność słowa została naruszona? Odpowiedź wciąż brzmi: nie. Zuckerberg mógłby spokojnie pokazać nam wszystkim środkowy palec i nic z tym nie zrobić, bo w tym zakresie nie istnieją żadne formy instytucjonalnego przymusu (patrz PS). To, że duże korpo często w takich sytuacjach poddaje się presji, to nie sygnał, że wolność słowa umiera. To sygnał, że kapitalizm działa. Spółki słuchają jedynie tych żądań, które mogą realnie zagrozić ich zyskom.

Po tym przydługim wstępie dochodzimy w końcu do stricte językoznawczej części tego eseju. Dlaczego ludzie tak alergicznie reagują na propozycje zmian w języku? Po części wynika to z faktu, że takie zmiany mogą być odebrane jako atak osobisty („ja używam tego słowa i nie widzę w tym nic złego”). Główną przyczyną jest jednak preskryptywizm (normatywizm), mocno zakorzeniony w polskim językoznawstwie i laickim pojmowaniu języka. W pewnym uproszczeniu to podejście do języka zakłada, że mniej istotne jest to jak ludzie rzeczywiście posługują się językiem niż to jak powinni się nim posługiwać, zgodnie z obowiązującymi zasadami gramatyki i ugruntowanymi na drodze zwyczaju normami językowymi (a raczej ich wersją wyidealizowaną). Wszyscy wynosimy preskryptywistyczne podejście do języka ze szkół i otoczenia: nie zaczynaj zdania od spójnika, mów „poszedłem” zamiast „poszłem”, nie używaj „bynajmniej” jako „przynajmniej” i tak dalej, lista jest długa.

Naturalną konsekwencją preskryptywizmu jest bardziej konserwatywne podejście do zmian językowych, które odbierane mogą być jak naruszenia istniejących norm, a zatem coś czemu należy się przeciwstawiać. W skrajnych przypadkach preskryptywizm przeradza się w językowy snobizm – umniejszanie pozycji innych ludzi jedynie na podstawie języka jakim się posługują. Wystarczy szybki rzut okiem w komentarze pod niektórymi postami np. fejsbukowego profilu Słownika polsko-polskiego albo Poprawnej Polszczyzny, żeby wyłapać tego typu sentymenty. To wręcz zdumiewające jak niektórzy ludzie potrafią z rozbrajającą szczerością wyznać, że „tej całej matematyki to nigdy nie potrafili ogarnąć”, a kiedy ktoś równie otwarcie stwierdzi, że poprawne posługiwanie się językiem sprawia mu problem, natychmiast przyjmują wobec tej osoby stanowisko intelektualnej wyższości, traktując ją jak niedouczonego idiotę.

Należy sobie jednak zadać pytanie, czy aby preskryptywiści nie mają racji. Może istnieją obiektywne przesłanki do opierania się zmianom językowym? Co z etymologią (pochodzeniem) słowa? Żeby odpowiedzieć na te pytania w pierwszej kolejności musimy wyjaśnić skąd słowa w ogóle biorą swoje znaczenie. Nie będę tutaj wchodził w szczegóły, bo nie ma zgody pośród językoznawców i filozofów języka, co do tego jak dokładnie powstaje znaczenie w języku (patrz PS2). Niemal wszyscy badacze języka zgadzają się jednak, że znaczenie w języku jest do jakiegoś stopnia skonwencjonalizowane. Znaczy to, że nie istnieją żadne obiektywne powody do np. nazywania czworonożnego, futrzastego „najlepszego przyjaciela człowieka” psem (ale patrz PS3). Wystarczy zwrócić się w stronę innych języków, żeby to sobie uzmysłowić. Pies to także dog, Hund i собака. Z racji, że znaczenie przejawia się na poziomie nie tylko poszczególnych słów, ale także bardziej skomplikowanych struktur i samej gramatyki, to samo można powiedzieć o języku w ogóle – język w dużej mierze jest wynikiem pewnych konwencji.    

Nawet przyjmując, że połączenie znaczenia i formy jest arbitralne, to przecież nie powinniśmy się poddawać próbom zmieniania tego znaczenia. Ktoś pierwotnie ustalił je tak a nie inaczej, więc chyba powinniśmy się tego trzymać, prawda? Niekoniecznie. Zmiana językowa jest procesem, który stale zachodzi w języku. Ponieważ jednak jego pełne ramy czasowe rozciągają się zwykle na kilka pokoleń, może być trudno go zaobserwować bez sięgnięcia do korpusów (zbiorów reprezentatywnych tekstów) i/lub słowników. Spójrzmy chociażby na proste angielskie słówko: meat, czyli mięso. Słownik etymologiczny podaje, że pochodzi ze staroangielskiego mete, które wtedy oznaczało „pokarm ogólnie”. Zatem jak widać znaczenie słowa meat z czasem uległo zawężeniu. Innym ciekawym przykładem jest słowo atom. Słowo ukute zostało z greckiego atomos, czyli niepodzielny. Zgodnie z obecnym staniem wiedzy atom jest podzielny, często z katastrofalnymi skutkami. Innym przykładem z języka polskiego, który wywołuje ironiczne uśmieszki u uczniów i zażenowanie u nauczycieli języka polskiego jest słowo kutas. Obecnie używane jako niespecjalnie eleganckie określenie męskiego przyrodzenia lub nieprzyjemnego mężczyzny, w „Panu Tadeuszu” miało zupełnie inne znaczenie:

(…) I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem

Wulgarne znaczenie słowa kutas spowodowało wyparcie jego oryginalnego znaczenia, czyli frędzel, pompon (więcej o tym zjawisku pisze Benjamin Bergen w swojej książce „What the F. Co przeklinanie mówi o języku, naszym umyśle i nas samych”). Tak na marginesie warto zwrócić uwagę na odmianę słowa „klucz”, obecnie uznawaną za niepoprawną. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że żądanie powrotu do pierwotnych znaczeń wyżej wspomnianych słów byłoby nie tylko trudne, ale pewnie i kontrproduktywne.

Język w pewnym sensie jest jak żywy organizm (albo ściślej: grupa użytkowników danego języka jest jak populacja) i podlega podobnym mechanizmom ewolucyjnym. Oczywiście chodzi tutaj o ewolucję kulturową a nie biologiczną, ale torem zarówno jednej jak i drugiej nie sposób w pełni świadomie kierować. Ludzie posługują się językiem tak jak uważają, że w danym momencie powinni, a na ich wybory językowe wpływa wiele jawnych i niejawnych czynników: kontekst sytuacji językowej (czy rozmawiamy z kolegą czy z szefem), chęć zyskania lub utrzymania prestiżu, chęć zadeklarowania przynależności do danej grupy społecznej lub odcięcia się od innej (np. poprzez slang), chęć wyróżnienia się pośród innych (za pomocą kreatywności językowej), czy konieczność sprostania wymogom danego dyskursu. Co istotne zdecydowana większość ludzi nie ma rozległej jawnej wiedzy (explicit/expressive knowledge) językoznawczej, więc język jakim się posługują zawsze jest pewną aproksymacją języka w ujęciu normatywnym. Innymi słowy ludzie używają języka tak jak im się wydaje, że powinni. Nikt z nas nie zdobywa swojej wiedzy o języku, czytając słowniki i podręczniki do gramatyki – wiedza przeciętnego użytkownika języka ma charakter niejawny (implicit/tacit knowledge).

Oczywiście normy językowe też odgrywają pewną rolę w kształtowaniu języka. Niektóre zmiany mogą być tak mocno stygmatyzowane przez językoznawców i użytkowników języka, że nie zostaną przyjęte. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu obstawiałem, że forma „poszłem” się przyjmie, ze względu na łatwiejszą wymowę i symetryczność do formy żeńskiej („poszłam”). Opór preskryptywistów był jednak zbyt duży. Natomiast „w książce pisze” (zamiast „jest napisane”) ostatecznie weszło do słowników jako forma akceptowalna. Gwoli jasności nie twierdzę, że każda zmiana języka jest koniecznie pożądana. Sprzeciw wobec tych, które mogą doprowadzić do pomieszania pewnych pojęć, nie mają żadnego dobrego wytłumaczenia z punktu widzenia fonologii czy ekonomii języka albo prowadzą do zbędnej synonimii (redundancji), jest w mojej ocenie słuszny – podobnego zdania jest również psycholog i językoznawca Steven Pinker. W przypadku słowa „Murzyn” nie mamy jednak takiej sytuacji, bo tutaj chodzi o kontekst społeczny i tę „nikczemną  ideologię”, o której wspomniałem na początku tego eseju.    

Warto też zastanowić się przez moment, co to w ogóle znaczy, że coś jest językowo poprawne. Poprawne zdaniem kogo? Poza językiem standardowym, czyli odmianą języka przyjmowaną w dyskursie publicznym, funkcjonuje także wiele dialektów. Są to regionalne (regiolekty), etniczne (etnolekty) czy społeczne (socjolekty) odmiany „niestandardowe”. Przykładowo w gwarze krakowskiej wychodzi się „na pole” zamiast „na dwór”. Nie ma absolutnie żadnego obiektywnego powodu do preferowania któregokolwiek z tych wariantów, a mimo to „na pole” uznawane jest często za niepoprawne, jedynie dlatego, że nie należy do języka standardowego. Na dodatek granica pomiędzy językiem a dialektem jest płynna i wytyczana na podstawie kryteriów innych niż językowe. Wśród językoznawców od lat krąży taki dowcip: czym różni się dialekt od języka? Język ma armię i marynarkę. To oczywiste uproszczenie, ale jest w nim ziarno prawdy, bo często decyzja o tym co uznać za dialekt a co za język jest bardziej umotywowana politycznie niż naukowo. Jednym z podstawowych kryteriów rozróżnienia pomiędzy dialektem a językiem jest wzajemna zrozumiałość (mutual intelligibility). Nawet niektóre odmiany języka uznawane za dialekty polskiego nie spełniają tego kryterium. Kto miał okazję porozmawiać z rodowitymi Kaszubami wie o czym mówię.  

Podsumowując, znaczenie jest konwencjonalne, zmienia się z biegiem czasu w sposób niekontrolowany, a poprawność językowa jest pojęciem arbitralnym. Trochę dziwią zatem preskryptywistyczne tendencje, wyraźnie widoczne w opiniach niektórych polskich językoznawców – choćby sam fakt, jak wiele uwagi zwracają na etymologię słowa „Murzyn”. Pochodzenie tego słowa jest w obecnej sytuacji bez znaczenia, bo nie ma ono żadnego wpływu na jego współczesne postrzeganie. Śmiem twierdzić, że zdecydowana większość ludzi dowiedziała się, że słowo „Murzyn” pochodzi od łacińskiego maurus (Maura) dopiero przy okazji tej całej medialnej afery. W szczególności chciałbym tutaj odnieść się do opinii profesor Kłosińskiej. Generalnie zgadzam się ze stanowiskiem Pani Profesor, ale jej wnioski końcowe wprawiają mnie w lekkie osłupienie. Profesor Kłosińska bowiem, chociaż zdaje sobie sprawę z negatywnej percepcji słowa „Murzyn” stwierdza, że:  

(…) dla mnie nazwa Murzyn nie ma w sobie nic obraźliwego, jeśli odnosi się do osoby czarnoskórej. Używa się jej przecież (przynajmniej w rozmowach prywatnych) nawet w odniesieniu do Baracka Obamy, człowieka bardzo szanowanego, a przez niektórych wręcz uwielbianego. Używają jej w stosunku do siebie niektórzy polscy obywatele mający ciemną skórę, także nie widząc w niej nic złego. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że część czarnoskórych Polaków uważa ją za niestosowną, obraźliwą czy wręcz raniącą. Wiedząc o tym, staram się jej przy nich nie używać – nie w imię politycznej poprawności, lecz zwykłej ludzkiej życzliwości.

Skoro, jak profesor Kłosińska słusznie zauważyła, są ludzie, którym słowo „Murzyn” się nie podoba, to skąd bierze to przywiązanie do niego w rozmowach prywatnych? Nie brak przecież neutralnych odpowiedników: osoba czarnoskóra lub Afroamerykanin (w odniesieniu do czarnoskórych osób z Ameryki). Profesor Kłosińska musi przecież zdawać sobie sprawę z konwencjonalności znaczenia i istoty zmiany językowej, o których pisałem wyżej. Czy to naprawdę kwestia sentymentu do tego trącącego rasizmem wiersza Tuwima? Nie mogę również zgodzić się z twierdzeniem, że słowo „Murzyn” jedynie „(…) w językach angielskim czy francuskim, są obciążone licznymi konotacjami związanymi z dziedzictwem kolonializmu, przez co są po prostu obraźliwe.” Jak się okazuje rasizm nie zna granic i nie zniknął w magiczny sposób po uwolnieniu czarnoskórych niewolników i ruchach na rzecz praw obywatelskich z lat 60. Internetowe komentarze ostatnich protestów Black Lives Matter dostarczyły na to aż nadto dowodów. Może negatywne konotacje słowa „Murzyn” osoby czarnoskóre mieszkające w Polsce biorą nie ze studiowania dwujęzycznych słowników, jak sugeruje profesor Kłosińska, tylko z rasistowskich wypowiedzi, w których słowo to się często przewija?  

W temacie polskiej myśli językoznawczej chciałbym też odnieść się bezpośrednio do oświadczenia RJP, bo odnoszę wrażenie, że profesor Łoziński w pewnym momencie trochę strzelił sobie w stopę. Po pierwsze nie jestem przekonany co do twierdzenia profesora Łozińskiego, że słowo „czarny” nie ma tych samych pejoratywnych konotacji co słowo „Murzyn”. Poważniejszy problem tkwi jednak w czym innym. Możemy jednak posłużyć się tym, żeby dojść do sedna problemu ze słowem „Murzyn”. Profesor Łoziński twierdzi, że słowo to:

Określa nie narodowość ani pochodzenie geograficzne, tylko kolor skóry, a ta cecha podobnie jak kolor włosów, wzrost, typ figury nie musi być istotna w opisie człowieka.

W języku polskim funkcjonują inne rzeczowniki, które w bezpośredni sposób zwracają uwagę na owe nieistotne cechy wyglądu i które jednocześnie nie mają tego samego pejoratywnego wydźwięku. Na przykład słowo „blondynka”. Co ciekawe, jeżeli spojrzymy do korpusu języka polskiego, to znajdziemy wiele kontekstów zahaczających o seksizm (sprowadzane kobiet wyłącznie do cech fizycznych). Ludziom z generacji Y i starszym „blondynka” też nieodłącznie kojarzy się z osobą głupią, przez nieszczególnie błyskotliwe dowcipy o blondynkach, które najwyraźniej przetrwały po dziś w odmętach Internetu. Z tego co wyczytałem na stronach o dowcipach do teraz nie mogę się otrząsnąć – to niesamowite połączenie otwartego seksizmu i żenującego humoru.

Pomimo tych seksistowskich podwalin samo określenie „blondynka” nie nabrało jednak pejoratywnego wydźwięku. Nie doczekaliśmy się też żadnych analiz etymologii tego słowa ani protestów pewnych grup społecznych przeciwko używaniu go w dyskursie publicznym. Jest ku temu proste wytłumaczenie: blondynki nie doświadczają regularnych prześladowań wyłącznie ze względu na kolor włosów. Seksizm oczywiście nadal ma się dobrze w kulturze, niestety, ale nie mamy sytuacji, w której blondynki są selektywnie, systemowo dyskryminowane, a brunetki natomiast nigdy tego nie doświadczają. To też dobitnie pokazuje, co jest nie tak z omawianym wcześniej stanowiskiem profesor Kłosińskiej: oczywiście, że słowo „Murzyn” może nam, białym, uprzywilejowanym ludziom nie przeszkadzać. My nigdy nie doświadczyliśmy systemowego rasizmu.

Na koniec została pewna dość marginalna kwestia, ponieważ jednak pojawiła się ona na dość poczytnym blogu poświęconym popularyzowaniu nauki zadziałała na mnie trochę jak czerwona płachta na byka. „To tylko teoria” w swoim artykule, w którym jak zapewnia „omij[a] populistyczne zagrywki odwołujące się do ideologii, światopoglądów czy przynależności do określonej grupy, organizacji aktywistycznej bądź partii politycznej”, stwierdza, że brak pejoratywnego nacechowania słowa „Murzyn” wynika z naukowego konsensusu. Czyli jego zdaniem słowo „Murzyn” nie jest obraźliwe, ponieważ co do tego faktu istnieje powszechna (a przynajmniej większościowa) zgoda językoznawców. Podobnie jak w przypadku globalnego ocieplenia istnieje powszechna zgoda klimatologów, co do tego, że spowodowane jest antropogenicznymi (ludzkim) emisjami dwutlenku węgla.

Nawet pomijając fakt, że język nie stanowi obiektywnego opisu rzeczywistość i jest nierozerwalnie związany z kulturą (a przez to także i polityką), to stwierdzenie jest po prostu błędne, żeby nie powiedzieć szkodliwe. Powołując się na konsensus naukowy autor nieświadomie propaguje fałszywy obraz konsensusu – jego swoistą karykaturę, którą posługują się często fani teorii pseudonaukowych. Konsensus naukowy nie polega na demokratycznym głosowaniu naukowców. Jest wypadkową ogółu zgromadzonych dowodów naukowych. Nie bardzo zatem wypada nam mówić tutaj o konsensusie naukowym, zważywszy na to, że kwestia czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe zależy od jego uzusu – od tego jak ludzie tego słowa używają i jak je postrzegają. A o ile mi wiadomo nie przeprowadzono dotychczas żadnych badań korpusowych (tj. badań na zbiorach reprezentatywnych tekstów) ani badań ankietowych z zakresu socjolingwistyki na temat użycia słowa „Murzyn.”

Opinia językoznawców w tym zakresie może być pomocna, ale zasadniczo nie jest wiążąca, co zresztą dobitnie pokazało odmienne oświadczenie RJP. Za pomocą terminologii prawniczej, można by powiedzieć, że opinia językoznawców ma charakter deklaratywny, a nie konstytutywny – może jedynie potwierdzać istnienie pewnych faktów na temat języka, nie może ich jednak sama tworzyć. Jeżeli te fakty nie istnieją, a jak stwierdziłem wyżej tego po prostu nie wiemy, to sama opinia ekspercka nie zbuduje nam konsensu. Kiedy mówimy o konsensusie naukowym w odniesieniu do globalnego ocieplenia klimatu, nie mamy na myśli jedynie eksperckiej opinii klimatologów, ale ich interpretację istniejących badań na ten temat.  

W podsumowaniu chciałem te sześć strony swoich intelektualnych wypocin zebrać jakąś ładną poetycką klamrą, ale ktoś zrobił to już o wiele lepiej, więc po prostu go zacytuję. Tak swoje decyzje tłumaczeniowe uzasadnił Mikołaj Denderski, tłumacz polskiego wydania „Zapisków syna tego kraju” tomu esejów jednego z najważniejszych działaczy na rzecz praw obywatelskich i niesamowitego erudyty, Jamesa Baldwina:

Na potrzeby przekładu posługuję się, dla zachowania prawdy o momencie historycznym, w którym tekst powstawał słowem „Murzyn” w miejscach, w których James Baldwin pisał Negro. Trudno jednak udawać, że od czasów napisania tych esejów nie zaszły żadne zmiany w świadomości i wrażliwości (nie tylko amerykańskich) odbiorców twórczości Baldwina i że żadne zmiany nie zaszły w strukturze demograficznej państw narodowych zglobalizowanego świata. Nie wiem, czy ktoś byłby w stanie bez skrępowania wmawiać koledze z Konga czy z Gambii, który pracuje w nim w biurze międzynarodowej firmy, że w naszym kraju jest nie sobą, tylko „Murzynem”.

Zdaję sobie sprawę, że można odbierać ten temat jako jałowe rozważania teoretyczne, zwłaszcza, jeżeli w swoim otoczeniu nie macie osób czarnoskórych – w Polsce nadal stanowią bardzo niewielki odsetek społeczeństwa. Chociaż na moich zajęciach przewinęły się setki studentów, sam znam tylko jedną osobę czarnoskórą. W miarę jak globalna struktura demograficzna będzie się zmieniać, tych osób będzie coraz więcej, a tymczasem, jak w innym miejscu zaznacza Denderski, język polski „zatrzymał się na średniowieczu”. Jeżeli szacunek do innych osób, niezależnie od płci, koloru skóry, orientacji seksualnej czy wieku, jest czymś co leży nam na sercu, to warto także zwrócić uwagę na język jakim się posługujemy – nawet jeśli teraz wydaje się to kwestią abstrakcyjną.

PS. Prawdę powiedziawszy to trochę nawet tak było, bo po aferze z Cambridge Analytica, które nielegalnie zbierało dane z Facebooka o amerykańskich wyborcach, Zuckerberg trochę się spocił w świetle medialnych i politycznych reflektorów, Facebook dostał karę od FTC, ale nic tak naprawdę się nie zmieniło.

PS2. Osobiście skłaniam się ku jakiemuś połączeniu ucieleśnienia (tj. osadzenia języka w fizycznych doświadczeniach, które umożliwiają nam nasze ciała) oraz poziomych (syntagmatycznych) i pionowych (paradygmatycznych), statystycznych powiązaniach pomiędzy słowami. Temu zagadnieniu poświęcona byłą moja praca doktorska, więc na pewno coś jeszcze o tym kiedyś napiszę.   

PS3. Przykładem słów, które są bardziej ikoniczne niż symboliczne (mają wyraźne połączenie z tym co reprezentują) są onomatopeje, czyli np. słowa opisujące pewne dźwięki (miau, kukuryku, bum, bach, łup itd). Zgodnie z niektórymi teoriami ikoniczność może sięgać o wiele głębiej i przybierać postać fonestezji, czyli przypisywania pewnych skojarzeń sekwencjom fonetycznym np. sl- na początku słowa w języku angielskim może kojarzy się z płynnym ruchem lub płynną zmianą stanu (slow, slush, slide, sleep).

Źródełko zdjęcia: Photo by James Eades on Unsplash

KategorieFizykaJęzykoznawstwoPrzemyślenia

Stratność komunikacji a entropia

Pamiętam jak na studiach wielokrotnie spotykałem się ze stwierdzeniem, że stratność komunikacji wynika bezpośrednio z drugiej zasady termodynamiki. Za każdym razem wypowiadane było ze swego rodzaju namaszczeniem – oto przedstawione zostały twarde naukowe podstawy językoznawstwa i komunikologii. Przez lata przyjmowałem to stwierdzenie bezrefleksyjnie, aż stało się dla mnie swego rodzaju truizmem. Na początku poprzedniego semestru znów na nie natrafiłem przy kolejnym czytaniu książki Hejwowskiego („Kognitywno-komunikacyjna teoria przekładu”). Pojawia się tam jedynie mimochodem, co pokazuje, że nie tylko ja nabrałem przekonania o jego nienaruszalności. Tym razem jednak coś mnie tknęło, a inspiracja do przemyśleń przyszła z dość nieoczekiwanego źródła: z kreacjonizmu. Ale zacznijmy od samego początku.

O co właściwie chodzi z tą stratnością komunikacji? Za każdym razem kiedy próbujemy przekazać jakąś informację (w rozumieniu teorii informacji Shanona) poprzez kanał komunikacyjny, jakaś część tej informacji zostaje utracona. Najlepiej to zobrazować przykładem rozmowy prowadzonej w kawiarni. Słowa, będące niematerialnym nośnikiem informacji, wypowiedziane przez jednego rozmówcę muszą zostać „przetransportowane” materialnym kanałem komunikacji (powietrzem) do drugiego rozmówcy w pewnej fizycznej postaci (fal akustycznych) i przez niego odebrane. Łatwo sobie wyobrazić co może się wydarzyć, jeżeli w kawiarni będzie gwarno: otaczający hałas może sprawić, że nasza wypowiedź dotrze od odbiorcy w niepełnej lub zniekształconej postaci. Czyli straciliśmy jakąś informację, ergo komunikacja jest stratna. 

A jak do tego ma się druga zasada termodynamiki? Zasada ta mówi, że entropia zamkniętego układu będzie z biegiem czasu się zwiększać. Entropia to swego rodzaju miara „nieuporządkowania” materii. Ponieważ uporządkowanie materii zawsze kosztuje energię (w świecie fizyki nie ma nic za darmo), a energia nie jest nieskończona, to materia będzie dążyć do coraz mniej energetycznego i przez to bardziej nieuporządkowanego stanu. Przydatną analogią z życia codziennego jest tutaj bałagan pojawiający się w mieszkaniu. Wystarczy na jakiś czas odpuścić sobie ze sprzątaniem (nie wkładać w mieszkanie żadnej zewnętrznej energii) a nieuporządkowanie szybko zacznie rosnąć.

Wracając do komunikacji – jej stratność jest rezultatem ograniczeń narzuconych przez drugą zasadę termodynamiki. W momencie kiedy słowa zostają przez nas wypowiedziane nie wkładamy w nie żadnej zewnętrznej energii, a zatem ich entropia musi rosnąć. Zanim dotrą do odbiorcy zawarta w nich informacja ulegnie degradacji. Oczywiście im bardziej zaburzymy sygnał wprowadzając zewnętrzny nieporządek (głośne otoczenie z naszej poprzedniej analogii) tym większa będzie strata. Proste i logiczne. Ale czy na pewno?

Zwróćmy się najpierw ku pewnemu argumentowi używanemu przez kreacjonistów. Kreacjonizm młodoziemski to zbiór pseudonaukowych poglądów, który zakłada, że ziemia oraz wszystkie zamieszkujące ją gatunki zwierząt i roślin zostały stworzone przez Boga około 6 tysięcy lat temu. Oczywiście podtrzymywanie takich poglądów wiąże się z koniecznością całkowitego odrzucenia teorii ewolucji i dlatego kreacjoniści opracowali mnóstwo argumentów oraz zarzutów podważających jej prawdziwość. Wszystkie z nich zostały gruntownie obalone przez naukowców i sceptyków, więc nie będę ich tutaj przytaczał in extenso. Chodzi mi tylko o ten jeden konkretny argument: ewolucja rzekomo nie jest możliwa, ponieważ entropia wyklucza stopniowy wzrost skomplikowania materii, a zatem wykształcenie się zwierząt, roślin i grzybów z prostych organizmów jednokomórkowych nie byłoby możliwe.

Problemem tego argumentu jest to, że pomija kwestię układu. Entropia musi się zwiększać w zamkniętym układzie, czyli takim do którego nie jest dostarczana energia z zewnątrz. Ziemia takim układem nie jest z prostej przyczyny: energia jest nam stale dostarczana przez słońce. Związany z tym cytat z wywiadu z Richardem Feynmanem szczególnie zapadł mi w pamięć: całe życie na ziemi opiera się na energii solarnej. Bez fotosyntezujących organizmów wszystkie łańcuchy pokarmowe uległyby załamaniu. Zatem do zasady entropii należy dodać, że chociaż globalnie (na skalę wszechświata) entropia musi się zwiększać, to lokalnie może maleć. Entropia życia na ziemi zmalała kosztem zwiększenia entropii naszego układu słonecznego. Za około pięć miliardów lat nuklearne paliwo naszego słońca się wyczerpie i życie na ziemi, o ile będzie wtedy jakieś istnieć, zostanie skazane na śmierć z głodu i wyziębienia.

Wszystkie elementy układanki są już na miejscu. Teraz czas na moje ostateczne uderzenie w dogmat „fizycznego podłoża stratności komunikacji”. Otóż o ile trzeba się zgodzić, że entropia komunikacji musi rosnąć na poziomie pojedynczego przekazu, o tyle komunikacja jako taka niekonieczne musi wiązać się ze stratami informacji. Nie mamy przecież do czynienia z całkowicie zamkniętym układem – ludzie stale wkładają w komunikację energię (pobraną z pożywienia w toku skomplikowanych reakcji biochemicznych). Jeżeli nasza wypowiedź utonie w szumie to nie wzruszymy po prostu ramionami, przeklinając w myślach stratność komunikacji. Będziemy dopytywać i dodawać kolejne komunikaty, dążąc do osiągnięcia porozumienia. Nie oznacza to, rzecz jasna, że całkowite porozumienie pomiędzy jednostkami jest koniecznie możliwe. Tę kwestię zostawię sobie może na inny czas. Wydaje mi się jednak, że przedstawiony przeze mnie argument dość wyraźnie pokazuje to, że stratność komunikacji nie wynika bezpośrednio z drugiej zasady termodynamiki.

PS. Z góry przepraszam wszystkich fizyków za to jak uprościłem pewne kwestie. Mam nadzieję jednak, że udało mi się uniknąć błędów w moim rozumowaniu.

PS2. Pewną fascynująca (i trochę przerażającą) konsekwencją zasady entropii jest śmierć cieplna wszechświata. Krótko mówiąc, wszechświat jest układem zamkniętym a zatem jego entropia musi z czasem rosnąć. W miarę jak energia będzie się wyczerpywać, atomy będą się od siebie oddalać i temperatura będzie spadać, aż osiągnie zero absolutne.

PS3. Odpowiedzi na najczęstsze argumenty kreacjonistów można przeczytać np. tutaj Całkiem nieźle pisał o nich także Łukasz Łamża w swojej książce „Światy równoległe”.

Źródełko zdjęcia: Photo by Hans-Peter Gauster