KategorieNeuronaukaPrzemyśleniaSceptycyzm naukowy

Niedźwiadek na Marsie

Na Marsie mieliśmy już twarz i tajemnicze drzwi, a teraz doczekaliśmy się… niedźwiadka. Oczywiście to nie dowody na żaden „spiseg” NASA, tylko skutek zjawiska nazywanego pareidolią – tendencji do dopatrywania się w sensorycznym szumie znaczących kształtów, w szczególności twarzy. Dlaczego akurat twarze? Ludzki mózg wyposażony jest w specjalny „moduł” do rozpoznawania twarzy zwany zakrętem wrzecionowatym, który znajduje się w płacie skroniowym. Uszkodzenie tego obszaru, w wyniku mechanicznego urazu lub udaru, powoduje prozopagnozję, czyli niezdolność do rozpoznawania twarzy. Osoby cierpiące na tę przypadłość nie potrafią rozpoznać nawet swoich bliskich dopóki ci, na przykład, nie przemówią. Fakt, że zostaliśmy ewolucyjnie wyposażeni w tak potężne neuronarzędzie może świadczyć o tym, jak doniosłą rolę dla naszego gatunku pełniły, i nadal pełnią, relacje społeczne.

To drzewo niejedno widziało. Źródełko zdjęcia: Peter Laing na Unsplash.

A jak chcecie na własne oczy zobaczyć, jak silna jest owa pokusa, by wszędzie dopatrywać się twarzy, spróbujcie na następnym spacerze przyjrzeć się chmurom, żwirowi, liściom łopoczącym na wietrze, zawijasom w korze czy jakimkolwiek innym skomplikowanym losowym wzorom. Gwarantuję, że w końcu ujrzycie upragnioną twarz. Czasem może to być także coś niesłychanie prostego. Wystarczy bowiem najsubtelniejsza, najbardziej abstrakcyjna sugestia, że mamy do czynienia z czymś twarzokształtnym, żeby uaktywnić nasz zakręt wrzecionowaty. Nawet fasada budynku: okna stają się oczami, a drzwi ustami lub nosem. Co ciekawe, z takiej architektonicznej „twarzy” możemy nawet odczytać emocje! Wracając z pracy widzę pewien dom, który — przez częściowo opuszczone rolety — wywołuje u mnie nieodparte wrażenie, że oto stoi przede mną jakiś przysypiający, ceglasty gigant.

Niewiele potrzeba naszemu mózgowi, żeby ujrzeć twarz w informacyjnym szumie czy przypadkowym wzorze. Źródełko zdjęcia: Levi Meir Clancy na Unsplash.
KategorieNeuronaukaPrzemyśleniaPsychologia

O zaskakujących zaletach nicnierobienia

Jeśli zmagacie się z jakimś szczególnie zawiłym problemem, zwłaszcza wymagającym nieco bardziej pomysłowego podejścia, mam dla Was prostą technikę, którą z powodzeniem stosuję w pracy tłumaczeniowej. Zamiast próbować przebić głową mur po prostu odłóżcie problem na później, a w międzyczasie zróbcie sobie krótką przerwę. Samo to nie byłoby jeszcze szczególnie odkrywcze, ale teraz przychodzi rzecz najważniejsza: poświęćcie ten czas na nicnierobienie. I nie chodzi mi tu o przeglądanie TikToka czy Instagrama, tylko autentyczną mentalną bezczynność, pozwalającą na swobodny dryf myśli. Niektórzy chwalą sobie medytację – mnie ona nie przekonuje, bo nie potrafię usiedzieć w miejscu – ale równie dobrze możecie wyjść na spacer czy zająć się czymkolwiek, co zbytnio nie angażuje umysłu: sprzątaniem, gotowaniem, słuchaniem muzyki, robieniem na drutach i tak dalej. Innymi słowy, wszystkim tym, co można wykonywać w „trybie autopilota”.

Może wydawać się to zwykłym marnowaniem cennego czasu, ale wiele procesów poznawczych zachodzi poniżej progu świadomości i mózg, uwolniony z uprzęży natrętnych myśli, potrafi rozpracować problem, z którym wcześniej nie mogliśmy sobie poradzić. Mamy wtedy owo osobliwe wrażenie, że coś nagle „wpadło nam do głowy”. Tymczasem to nasz mózg cierpliwie pracował nad dręczącym nas problemem, niejako bez naszego udziału. To oczywiście ogromne uproszczenie, bo w końcu to mózg jest jednym siedliskiem poznania; nie ma niczego poza nim. Podobne podłoże ma dobrze wszystkim znane zjawisko „końca języka” (tak, to naprawdę fachowa nazwa), czyli sytuacji, kiedy jakieś znane, acz zapomniane słowo zdaje się być tuż poza zasięgiem naszej świadomości.

Einstein dokonał przełomu w opracowywaniu szczególnej teorii względności, kiedy pracował jako urzędnik patentowy i miał sporo czasu na pogrążanie się w swobodnych rozmyślaniach. Nietzsche przekonywał, że wszystkie jego najlepsze idee zrodziły się w ruchu. A mnie dzisiaj, że tak pozwolę sobie umieścić się w tym zacnym gronie, udało się znaleźć właściwe słowo do przekładu, nad którym obecnie pracuję, w trakcie… odkurzania mieszkania. Choć żyjemy w czasach kultu produktywności i ciągłego przebodźcowania, czasem najlepsze, co możecie zrobić dla własnego mózgu, to po prostu dać mu chwilę wytchnienia i pozwolić myślom swobodnie dryfować.

Źródełko zdjęcia: Ricardo Alfaro on Unsplash

KategorieBiologiaFilozofiaNeuronaukaPrzemyślenia

Białko z owadów a dieta wegetariańska

Jaki jest stosunek wegetarian do owadów jako źródle białka? Jestem ciekaw, czy np. mąka ze świerszczy byłaby akceptowalnym dodatkiem do diety i dlaczego tak/nie. Pytam o owady, ponieważ wykorzystywanie owadów jako podstawowego lub suplementarnego źródła białka ma dwie podstawowe zalety: hodowla owadów ma mniejszy wpływ na środowisko (wymagają mniej terenu pod hodowlę i powodują mniejsze emisje gazów cieplarnianych oraz mniejsze zanieczyszczenie wody); owady mają wyższą efektywność wykorzystania paszy niż inne zwierzęta hodowlane tj. produkują więcej przyswajalnych kalorii z tej samej ilości paszy.  

Hodowla owadów na pokarm wydaje się też mniej kontrowersyjna pod względem moralnym. Chociaż owady należą do królestwa zwierząt, ich układy nerwowe są zdecydowanie mniej skomplikowane niż innych zwierząt hodowlanych. Są tak proste, że trudno mówić o fenomenologii owadów – trudno przypisywać im jakiekolwiek stany umysłowe czy emocjonalne. Jak to jest być owadem? Najpewniej nijak. Być owadem to trochę jak nie być wcale, przynajmniej w naszym rozumieniu „bycia”. Mimo, że pewnie nigdy nie dowiemy co owady rzeczywiście „czują”, obecny stan wiedzy naukowej sugeruje, że są to po prostu skomplikowane biologiczne roboty, zaprogramowane przez ewolucję do instynktownego wykonywania pewnych, często całkiem imponujących, zadań.

Na zobrazowanie tego faktu w filozofii umysłu często przywołuje się anegdotę związaną z zachowaniem błonkówek z rodzaju Sphex (z rodziny Grzebaczowatych) – najpewniej z gatunku Sphex funerarius. Owad ten, po polsku nazywany nękiem świerszczojadem (uwielbiam polskie nazwy gatunkowe owadów), ma interesujący sposób zapewniania przetrwania swojemu potomstwu. Samice nęka świerszczojada polują, jak sama nazwa wskazuje, na świerszcze. Nie zabijają ich jednak, a jedynie paraliżują je swoim żądłem. Takiego bezbronnego świerszcza zabierają potem do swojej norki, obok składają jaja i odlatują. Dzięki temu rozwijające się larwy mają stałe źródło pokarmu w postaci sparaliżowanego świerszcza. Upiorne, ale ewolucyjnie skuteczne.

Wydawałoby się, że działanie tego owada wykazuje pewną intencjonalność – pewne świadome, przemyślane działanie. Ingerencja w rutynę nęka świerszczojada pokazuje jednak, że tak nie jest. Samica przed wciągnięciem świerszcza do norki zostawia go u wejścia i sama wchodzi do środka, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Jeżeli w tym czasie przesunie się świerszcza o kilka centymetrów, samica bezwiednie powtórzy całą rutynę: przywlecze świerszcza do wejścia i znów wejdzie do środka, żeby upewnić się czy wszystko w porządku. Wedle niektórych podań takie zachowanie może powtarzać się niemal bez końca. Ta anegdota dość dobitnie pokazuje zautomatyzowane działanie owadów, chociaż nie jest pozbawiona kontrowersji (więcej w PS4).

Wątpliwe jest też, że owady odczuwają ból, mimo iż ich zachowanie mogłoby wskazywać na coś innego. Zachowanie nie jest jednak dobrym wyznacznikiem odczuwania bólu, bo nawet organizmy jednokomórkowe czy proste roboty potrafią unikać szkodliwych bodźców. Do tego my, jako przedstawiciele wysoce społecznego gatunku, mamy w zwyczaju przypisywanie intencjonalności i własnych stanów emocjonalnych niemal wszystkiemu, co z można nazwać samodzielnym agentem (a czasem nawet agentem pozornym jak przy tzw. „złośliwości rzeczy martwych”). Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie rozmawiał ze swoim pupilem (psem, kotem, papugą czy innym zwierzęciem domowym), tak jakby wszystko był w stanie zrozumieć. 

PS. Full disclosure: sam nie jestem wegetarianinem, ale staram się, żeby jak najwięcej posiłków, zwłaszcza tych przyrządzanych w domu, było bez mięsa. Głównie z powodów moralnych, raczej niż zdrowotnych czy ekologicznych.

PS2. O zaletach owadów jako źródła białka można przeczytać w książce „Edible Insects: Future prospects for food and feed security”. Jest dostępna za darmo na stronie Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa.

PS3. Żeby zobrazować to jak prosta jest architektura neuronalna owadów: muszka owocowa ma ok. 100 tysięcy neuronów. Ludzki mózg ma ich około 86 miliardów.

PS4. Filozof Fred Keijzer podkreśla, że anegdota o zachowaniu nęka świerszczojada, nie przedstawia całej historii i nie jest podparta współczesnymi badaniami z entomologii. Po raz pierwszy o takim zachowaniu Sphex funerarius wspomina francuski przyrodnik Jean-Henri Fabre (nazywa ten gatunek Sphex flavipennis), ale już w jego opisie pojawia się wzmianka, że tego typu zachowanie udało mu się zaobserwować jedynie w niektórych koloniach owadów. Dalsze eksperymenty przeprowadzone przez innych badaczy pokazały, że nęk świerszczojad jest w stanie modyfikować swoje zachowanie (po paru próbach samica po prostu wciągała świerszcza do norki bez powtarzania całej rutyny) i że w jego zachowanie wykazuje znacznie więcej zróżnicowania zależnie od okoliczności. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule Keijzera tutaj. Czy podważa to całkowicie założenie, ze owady są swego rodzaju biologicznymi robotami? W mojej ocenie nie. Algorytmy bardziej elastyczne to nadal algorytmy. Ale na pewno warto mieć współczesne badania na temat zachowania owadów na uwadze, żeby mieć bardziej pełny (i rzetelnie przedstawiony) obraz problemu.

Źródełko zdjęcia: Photo by Sue Thomas on Unsplash