KategorieFilozofiaPrzemyśleniaSceptycyzm naukowy

Racjonalne myślenie to nie tylko logika i sceptycyzm

W debatach publicznych, dyskusjach towarzyskich i internetowych przepychankach słownych – wszędzie tam, gdzie zwycięstwo jest ważniejsze od wspólnego dążenia do prawdy – niesłabnącą popularnością cieszy się taktyka wytykania innym błędów w myśleniu. Nic nie kąsa bardziej dotkliwie niż zarzucenie adwersarzom, że ich argumentacja jest nielogiczna; że cały ich wywód to jedynie kolos na glinianych nogach, wszak logika jest fundamentem racjonalnej myśli. Nierzadko kryje się w tym także przytyk osobisty: „twoje argumenty są nielogiczne, bo nie potrafisz logicznie myśleć”. Niektórzy zdają się przekonani, że wystarczy wypowiedzieć odpowiednią formułę („to nie ma sensu”, „to błąd logiczny” lub podobnie brzmiącą inkantację), a szala zwycięstwa niechybnie przechyli się na ich stronę – pal licho jakiekolwiek dowody czy argumentacje. Szach mat, zaorane. Można iść trollować gdzieś indziej.

Takie „logicyzowanie” często zaobserwować można z prawej strony polityki, uzurpującej sobie wyłączone prawo do myśli klasycznej i oświeceniowej. Za pomocą pseudostoickich frazesów typu „fakty nie dbają o twoje uczucia” smutni chłopcy z amerykańskiego alt-rightu próbują dławić dyskurs dotyczący kwestii społecznych, dążąc przy tym do zinfantylizowania swoich politycznych przeciwników. Logika jest dla nich piedestałem, z którego mogą pogardliwie osądzać Innych: „my jesteśmy opanowani i logiczni, a oni rozemocjonowani i irracjonalni”. Dla wojujących lewicowców z kolei logika bywa młotem na innych lewaków, których, z takich czy innych względów, uznali za niegodnych tego miana. Istnienie nadużyć logiki nie oznacza oczywiście, że doszukiwanie się błędów w cudzym myśleniu samo w sobie jest błędem. Wystarczy poczytać komentarze pod postami na praktycznie dowolne tematy naukowe, a prędko natrafimy na antyszczepionkowców, fanów teorii spiskowych i rzesze innego rodzaju foliarzy, próbujących zaklinać rzeczywistość i poświęcających logikę na ołtarzu własnej ideologii. Argumenty przytaczane przez takie osoby rozpadają się w proch, gdy tylko poddać je choćby pobieżnej analizie.

Ten wpis nie będzie próbą udowodnienia, że logika to tylko erystyczna sztuczka, obiektywna prawda nie istnieje, a każda dyskusja to starcie równorzędnych opinii. Nieraz sam zwalczałem taką wypaczoną wersję filozofii postmodernistycznej, w której krytyka istniejących struktur i narracji zachodzi o krok za daleko, prowadząc do skrajnego relatywizmu poznawczego. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pewne problemy w powoływaniu się na logikę jako ostatecznego arbitra wszystkich sporów. Otworzy nam to drogę do rozważań nad tym, czym jest racjonalne myślenie i jaką rolę odgrywa w nim logika. Rzuci to również światło na pewną tendencyjność myślenia sceptyków, których naturalna nieufność – będąca niezwykle użyteczną cechą w tropieniu twierdzeń pseudonaukowych – sprowadzać może na manowce w kwestiach moralnych i politycznych. Ale wszystko po kolei. Zacznijmy niemal od samego początku: od tego, jak logika ma się do języka.

Logika formalna zajmuje się przede wszystkim relacjami wynikania, jak w klasycznym sylogizmie:

Jeśli wszyscy ludzie są śmiertelni, a Sokrates jest człowiekiem, to Sokrates jest śmiertelny.

Tego typu wnioskowanie ma to do siebie, że jest niezawodne. O ile wnioskujemy z poprawnych przesłanek, nasze wnioski także muszą być poprawne. To dzięki tej właściwości ujęcie języka naturalnego w ramy logiki formalnej przez długi czas było marzeniem wielu oświeceniowych myślicieli. Dałoby to nam uniwersalny klucz do języka, pozwalający zweryfikować prawdziwość dowolnego twierdzenia. Szybko okazało się jednak, że zdecydowanej większości interesujących nas zdań nie sposób rozpatrywać na gruncie logiki formalnej. Nawet najbardziej zagorzali zwolennicy klasycznego rachunku zdań nie mają co do tego wątpliwości. Jak zauważa Andrzej Kisielewicz w Logice i argumentacji:

To, że ludzie w praktyce myślenia, nawet ci, którym przypisuje się szczególne umiejętności logicznego rozumowania, nie stosują praw i wzorów logiki formalnej jest faktem, z którym próbują polemizować tylko niektórzy logicy i matematycy. Okazało się, iż zbyt ścisłe, zbyt formalne ujęcie nieścisłych fenomenów wypacza ich naturę, prowadzi do idealizacji oderwanych od praktyki i rzeczywistości.

Szczególnie problematyczne okazują się sądy moralne, bowiem nie można przypisać im wartości prawda/fałsz. Czy zdanie „Kłamanie może być moralnie usprawiedliwione” jest prawdziwe czy fałszywe? Nie da się odpowiedzieć na to pytanie bez odniesienie do jakiejś teorii etycznej – problem ten nazywany jest Gilotyną Hume’a od nazwiska szkockiego filozofa uważanego za ojca współczesnej myśli sceptycznej. Zdaniem Hume’a przechodzenie od twierdzeń o faktach (jakie coś jest) do twierdzeń o powinnościach (jakie coś powinno być) nie ma logicznego uzasadnienia, ponieważ nie istnieją żadne reguły inferencyjne, które by na to pozwalały.

Logika formalna fatalnie radzi sobie także z nieostrością znaczenia, stanowiącą nieodłączną cechę języka naturalnego (o czym pisałem już wcześniej w kontekście strukturalnej stabilności języka). Prawda w ujęciu klasycznym jest wartością zerojedynkową: coś albo jest prawdziwe, albo nie; jest to tak zwane prawo wyłączonego środka. Stosując je do języka, otrzymujemy model znaczenia, w którym kategorie językowe (np. słowa) są dyskretne i mają ściśle wytyczone granice. Czyli albo dany przedmiot należy do określonej kategorii – jest desygnatem określonego słowa – albo nie. A to oznacza, że dla każdej kategorii językowej musi istnieć pewien zestaw cech konstytutywnych, które każdy przedmiot musi posiadać, by być przedstawicielem tej kategorii1. Na przykład taki kawaler (z jakiegoś powodu częsty podręcznikowy przykład) musi być: 1) mężczyzną 2) nieżonaty.  

Zasadniczym problemem dla takiego rozumowania jest zmienność i nieostrość znaczenia oraz jego zależność od kontekstu. Pojęcie sprawiedliwości jest inaczej rozumiane obecnie niż pięćset lat temu. Słowo wieloryb było dawniej nazwą ryby, a nie ssaka. Atom, zgodnie ze swoją etymologią (z greki átomos „nie dający się przeciąć”), jest niepodzielny. Nawet wspominany wyżej kawaler zmienił swoje znaczenie, obejmując także niezamężnych gejów (dawniej homoseksualni mężczyźni uznawani byli za „definicyjny wyjątek”, yikes!). Nieostrość znaczenia natomiast łatwo zobrazować na przykładzie naczyń. Weźmy typowy kubek i wyobraźmy sobie, że zaczynamy go wydłużać lub rozszerzać. W którym momencie zmieni się odpowiednio w wazon albo miskę? Bez względu na to, jakie punkty graniczne obierzemy, zawsze znajdą się egzemplarze wpadające w „definicyjną szarą strefę”: naczynia zbyt wysokie na kubki a wciąż za niskie na wazony, czy też zbyt szerokie na kubki, a za wąskie na miski2.

Nawet jeśli machniemy ręką na te komplikacje, upierając się, że są potencjalnie rozwiązywalne, prędko natrafimy na inną przeszkodę: spisanie zestawu cech konstytutywnych danej kategorii tak, by jej zakres nie był ani za wąski ani za szeroki to zadanie doprawdy karkołomne. Rozumieli to już niektórzy starożytni myśliciele, co pokazuje wspaniała anegdota na temat cynika Diogenesa z Synopy. W kulturze popularnej utrwalił się jego wizerunek jako „żebrzącego filozofa” – abnegata mieszkającego w pitosie, wielkiej glinianej beczce, z której każdego dnia bezlitośnie dogryzał mieszkańcom Aten. Nie inaczej postąpił pewnego razu z Platonem. Gdy ten zdefiniował człowieka jako „istotę żywą, dwunożną, nieopierzoną”, Diogenes miał pojawić się na jednym z jego wykładów z oskubanym kogutem w ręku złośliwie obwieszczając: „Oto człowieka Platona”. Jak setki lat później wykazał Ludwig Wittgenstein, jeden z największych filozofów XX wieku, problem stworzenia kompletnej listy cech wspólnych dla wszystkich przedstawicieli kategorii jest nawet poważniejszy niż początkowo sądzono. Istnieją bowiem kategorie, w przypadku których dokonanie tego jest nie tyle trudne, co z góry skazane na porażkę. Najlepszym tego przykładem są gry. Co łączy piłkę nożną, pokera, Dungeons & Dragons, Super Mario i grę w klasy? (co prawda sam Wittgenstein użył trochę innych przykładów). Najlepsze co możemy w tym przypadku zrobić to prześledzić pewne linie podobieństwa przebiegające pomiędzy poszczególnymi przedstawicielami kategorii (np. rywalizacja – współpraca, jednoosobowa – wieloosobowa, analogowa – cyfrowa i tak dalej). Przypomina to porównywanie członków wielopokoleniowej rodziny. Stąd zresztą zaproponowana przez Wittgensteina nazwa tego zjawiska: podobieństwo rodzinne. Znalezienie listy cech konstytutywny dla gier jest niemożliwe. Łączy je jednak podobieństwo rodzinne.  

Dalszą konsekwencją prawa wyłączonego środka jest swoisty egalitaryzm pomiędzy przedstawicielami kategorii. Ponieważ do pełnoprawnego członkowska wystarczy posiadać z góry określone cechy konstytutywne, nie można powiedzieć, że pies jest bardziej ssakiem niż dziobak, a wróbel bardziej ptakiem niż pingwin. Ściśle rzecz biorąc, jest to oczywiście prawda. Mimo to gdy jesteśmy proszeni o wyobrażenie sobie ptaka, nasze myśli wędrują w kierunku typowych (lub ściślej: prototypowych) przedstawicieli takich, jak wróble, gołębie, sroki, rudziki i szpaki. Obstawiam, że gdyby wśród zdjęć kaczek przemycić zdjęcie dziobaka (przypominam: pełnoprawnego ssaka) wielu ludzi nawet by się nie zorientowało. Sugeruje to, że kategorie językowe mają względnie precyzyjnie określony rdzeń, ale rozmyte brzegi. Skoro jest tak w przypadku słów, to można śmiało założyć, że z pojęciami jest podobnie – język jest dość wiernym odbiciem naszego systemu konceptualnego.

Logika formalna odgrywa zatem jedynie marginalną rolę w określaniu poprawności myślenia: język to nie matematyka, a myślenie to nie szereg uporządkowanych operacji formalnych, dla których logika byłaby swego rodzaju sumą kontrolną3. Klęska formalizmu językowego to jeszcze nie gwóźdź do trumny dla użyteczności logiki jako takiej. Poza logika formalną istnieje także logika nieformalna, która znacznie lepiej sprawdza się w ocenie poprawności rzeczywistych argumentów. Płaci za to jednak wysoką cenę: jest znacznie bardziej zawodna i wrażliwa na kontekst.

Aby to zobrazować, przyjrzyjmy się dwóm zdaniom mogącymi naruszać reguły logiki nieformalnej.

Iksiński jest autorytetem w danej kwestii, więc wygłoszone przez niego twierdzenie jest prawdziwe.

Rozwiązanie X nie jest dobre, ponieważ nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z Y.

Już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo oddaliliśmy się od sylogizmów formalnych. Obydwa zdania prowadzą do licznych pytań i wątpliwości.

Pierwsze zdanie to potencjalnie przykład argumentum ad verecundiam, jednego z częstszych błędów logicznych, polegającego na nieuzasadnionym powołaniu się na autorytet. W końcu bycie autorytetem nie oznacza nieomylności, a w każdej grupie specjalistów znaleźć można jednostki nadużywające swojej pozycji społecznej do głoszenia twierdzeń jawnie pseudonaukowych – antyszczepionkowców wśród lekarzy, poszukiwaczy UFO wśród pracowników NASA, negacjonistów klimatycznych wśród klimatologów4. Z drugiej strony, kiedy szanowany w środowisku naukowym epidemiolog wypowiada się na temat pandemii, nie powinniśmy po prostu zbywać wszystkich jego zaleceń, bo to tylko „nadużywanie autorytetu”. Komuś ostatecznie musimy zawierzyć, bo własnym riserczem nie dojdziemy do wszystkiego (przekonanie, że zdobywaną latami ekspertyzę można zastąpić godziną szperania w Internecie to skrajna naiwność i/lub rażąca ignorancja). Ostateczny werdykt, co do poprawności naszego twierdzenia, zależny będzie zatem od wielu czynników między innymi: czy ekspert/ka rzeczywiście ma kwalifikacje? Czy wypowiada się w granicach własnej dyscypliny? (twierdzenia kosmologa na temat pandemii mogą być niewiele warte) Czy inni eksperci podzielają to zdanie? Jaki jest naukowy konsensus? Czy w ogóle można mówić o istnieniu silnego konsensusu?

Ocena poprawności drugiego zdania jest trudniejsza – nawet zaprawieni sceptycy niekiedy nie dostrzegają niuansów przedstawionego w nim argumentu. Na pierwszy rzut oka jego struktura logiczna wydaje się całkowicie błędna. Mamy bowiem do czynienia z tak zwanym Nirvana fallacy czyli zgubnym poszukiwaniem rozwiązania idealnego. Błąd ten wytykany jest, słusznie zresztą, niektórym aktywistom klimatycznym, którzy odrzucają sensowne rozwiązania przejściowe mogące chociaż w pewnym stopniu zredukować skutki niechybnie czekającej nas katastrofy klimatycznej (na przykład częściowe przejście z węgla na gaz oraz energię atomową).

Z drugiej strony rozwiązywanie problemów zgodnie z zasadą „lepsze jest wrogiem dobrego” może utrudniać nam dostrzeżenie ich istoty i podjęcie właściwego działania: zamiast zająć się przyczynami, leczymy objawy, łatamy dziury w kadłubie tonącego okrętu. Wszelkie sugestie radykalnego działania są wówczas odrzucane z automatu jako nierealne, utopijne. Z głębokimi problemami strukturalnymi jest często trochę, tak, jak z wyjeżdżanie autem z kolein: lekkie pulsowanie gazu nie wystarczy, żeby samochód wytoczył się na równy grunt. W końcu musimy docisnąć pedał albo utkniemy w błocie na dobre. Jeśli przyczyną naszej niedoli jest sam system – jak w przypadku systemowego rasizmu albo globalnego ocieplenia u podłoża którego leży kapitalizm i podsycany przezeń konsumpcjonizm – działanie małymi kroczkami ostatecznie skazane jest na porażkę. Jak pokazuje historia, przed wielkimi zmianami społeczno-gospodarczymi niemal zawsze kroczy rewolucja.

Również nauka działa w podobny sposób, a przynajmniej na wczesnych etapach rozwojowych poszczególnych dyscyplin. Weźmy na przykład XIX-wieczną medycynę i jej pojmowanie rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, a konkretnie cholery. Dominująca wówczas teoria miazmatów głosiła, że przyczyną epidemii cholery jest „morowe powietrze”, czyli trujące wyziewy z brudu i gnijącego mięsa. Nota bene dlatego właśnie w dziobatych maskach doktorów plagi – obecnie nieodłącznych bohaterów każdego szanującego się steampunku – umieszczano wonne substancje, zioła i kwiaty, mające chronić przed patogennym smrodem. Teraz wyobraźmy sobie, że próbujemy dojść do rzeczywistych przyczyn cholery, choroby przenoszonej przez drobnoustroje wydalane z organizmu z kałem i dostające się do źródeł wody pitnej, za pomocą stopniowo rozwijanej teorii miazmatów. Idąc małymi krokami, szybko dojdziemy do ściany – do granic tej ułomnej, protonaukowej teorii. Niektóre z tych kroków mogą nawet przynosić rzeczywiste korzyści: pomimo całkowicie błędnych założeń miazmatyczna teoria chorób przyczyniła się do poprawy warunków sanitarnych w miastach. Nawet te dziwaczne stroje lekarzy do pewnego stopnia chroniły ich przed zarażeniem, choć często z zupełnie innego powodu niż im się wydawało.

Całkowite powstrzymanie epidemii w ten sposób nie wydaje się jednak możliwe, bo szukamy jej przyczyn w niewłaściwym miejscu. Konieczna jest zmiana paradygmatu. Tutaj na scenę wkracza niejaki John Snow (nie ten z Gry o tron, ale ponoć też niezły nudziarz). Snow zauważył, że występowanie zachorowań pokrywa się nie tyle ze źródłami smrodu, ile z zanieczyszczonymi ujściami wody, jak owa słynna pompa przy londyńskiej Broadstreet. Przekonanie ludzi do swoich racji nie przyszło mu jednak łatwo i jego teoria została powszechnie przyjęta dopiero po jego śmierci5. Nawet w nauce czasem potrzebna jest rewolucja, a nie tylko ewolucja. Choć teoria miazmatów była, jak na swoje czasy, relatywnie „dobra” – a na pewno bardziej wiarygodna, bo nie postulowała istnienia „niewidzialnych gołym okiem bakcyli” – trzeba było ją odrzucić w imię postępu.

Zbierzmy nasze nieco meandrujące rozważania. Logika formalna w przypadku języka naturalnego sprawdza się słabo, zaś logika nieformalna bywa pomocna w ocenie argumentów, ale nie zawsze wystarczająca. Prowadzi to do dwóch wniosków: można powiedzieć coś z pozoru logicznego, lecz błędnego; można też powiedzieć coś nielogicznego i zarazem prawdziwego. Najbardziej banalnym przykładem tej drugiej sytuacji jest zdanie Jadłem dzisiaj pączki, więc jutro wstanie słońce. Pomimo słuszności wniosków jest to oczywisty non sequitur – brak powiązania logicznego jest jasny jak, nomen omen, słońce. W przypadków faktów zwykle nie mamy problemu z poprawną oceną wniosków takich twierdzeń – po prostu ignorujemy błędną strukturę logiczną. Jak przekonaliśmy się wyżej, język służy nie tylko do formułowania zdań opisujących świat, ale też – a nawet przede wszystkim – sądów etycznych. Skupienie na logice wywodu może nas zmylić, prowadząc do swego rodzaju przesunięcia kategorialnego: argumentujemy wyłącznie z pozycji logiki i faktów, nie dostrzegając, że dyskusja tak naprawdę toczy się wokół kwestii moralnych. Jesteśmy tak pochłonięci obroną własnego stanowiska, że nie słyszymy świstu spadającej gilotyny Hume’a.

Wiele przykładów takich nieporozumień znaleźć można w debatach na temat problemów społecznych, siłą rzeczy ugruntowanych w warunkach gospodarczych. Zwolennicy „niewidzialnej ręki rynku” i apologetycy neoliberalnej polityki wytykają innym błędy w myśleniu o gospodarce, gdy tak naprawdę wszystko rozbija się o kwestie moralne. Programy nastawione na podnoszenie płacy minimalnej, budowanie mieszkań komunalnych i wprowadzenie bezwarunkowego dochodu podstawowego są wiecznie odwlekane lub kategorycznie odrzucane, ponieważ nie przekładają się na zwiększenie stopy zatrudnienia ani wyższe zyski a zatem nie wspierają gospodarki6. Jak takie rozwiązania wpłyną na dobrostan objętych nimi ludzi traci znaczenie, ponieważ cała dyskusja ściągnięta zostaje na orbitę argumentacyjnej czarnej dziury: „Ale jak to wpłynie na gospodarkę?” Przyjmując takie stanowisko, nieuchronnie spychamy ludzkie życia poza horyzont zdarzeń.

Apostołowie statusu quo przekonują, że taki „ekonomizm” wcale nie kłóci się z naszym zmysłem moralnym, bo to co dobre dla gospodarki, jest dobre dla ludzi – bogactwo skapuje, a ciężka praca popłaca. Ponad czterdzieści lat neoliberalnej polityki (od Thatcher w Wielkiej Brytanii, Regana w USA czy Balcerowicza w Polsce) nieszczególnie przybliżyło nas jednak do rozwiązania istniejących problemów społecznych. Choć technologia poszła do przodu, my pracujemy coraz więcej a zarobki w wielu branżach utknęły w martwym punkcie (jak chociażby w przypadku nauczycieli, pracowników zakładów produkcyjnych i transportu publicznego, pielęgniarek, urzędników niższego szczebla czy tłumaczy literatury, o czym pisałem wcześniej). Wiele państw Zachodu zmaga się z rosnącym kryzysem mieszkaniowym. Reakcja globalnych rynków na pandemię okazała się humanitarną katastrofą: do teraz w wielu miejscach na świecie nie ma dostępu do szczepionek, bo firmy farmaceutyczne nie chcą zrezygnować ze swoich patentów pomimo setek milionów dolarów otrzymanych z pieniędzy publicznych; ludzie w Stanach, nagle zwolnieni z powodu przestoju podczas lockdownów, byli eksmitowani na ulice musieli dosłownie walczyć o zapomogi; ci zaś, którzy nie chcieli narażać się na zarażenie w zakładzie pracy, byli rugani za zaniechanie „patriotycznego obowiązku” budowania cudzego kapitału. Gospodarka tymczasem miała się całkiem nieźle i to pomimo problemów z łańcuchami dostaw czy narzekania polskich patoprzesiębiorców, że „ludziom robić się nie chce” (czy to nie oznacza przypadkiem, że powinni zagwarantować lepsze warunki pracy?). Najbogatsi ludzie dalej się bogacili.

U podstaw tej rozbieżności pomiędzy ekonomią a moralnością leży zmiana paradygmatu, jaka zaszła w ekonomii na przestrzeni ostatniego półwiecza. Ekonomiści, próbując zobiektywizować swój przedmiot badań i zbliżyć się do matematyki oraz nauk ścisłych, porzucili dążenia do realizacji celów społecznych. Ekonomia przestała służyć społeczeństwu i realizacji konkretnych celów politycznych [9], coraz bardziej zwracając się do wewnątrz. Stała się wężem, który pożera własny ogon: zamiast podejmować rozmowę na temat skutecznych sposobów urządzenia sprawiedliwego społeczeństwa, zaspokajającego potrzeby obywateli z poszanowaniem środowiska naturalnego, ekonomiści skupili się na opisywaniu (i legitymizowaniu) istniejących struktur władzy oraz sprowadzaniu złożonych zjawisk społecznych do abstrakcji. Tak powstała krzywa popytu i podaży czy ów nieszczęsny homo oeconomicus. Za kulminację tego trendu uznać można przyjęcie produktu krajowego brutto (PKB) jako uniwersalnego wyznacznika postępu gospodarczego. Ekonomistka Kate Raworth, nazywa PKB „kukułczym jajem w gospodarczym gnieździe”, ponieważ wypchnął inne cele ekonomii i zastąpił je nierealistyczną polityką ciągłego wzrostu. Musimy pracować więcej i wydawać więcej, bo jeśli staniemy w miejscu to niechybnie czeka nas krach. Do jakiego kuriozum prowadzi takie podejście najlepiej obrazuje niedawny artykuł The Independent, w którym neoliberalny think tank proponuje rozwiązanie problemów gospodarczych Ziemi przez… sprywatyzowanie Księżyca. Czym się strułeś, tym się lecz.

Uporczywe tkwienie w przekonaniu, że dyskusja zawsze musi sprowadzić się do logiki wypacza także inny klasyczny argument sceptyków. Carl Sagan, wybitny astronom, popularyzator nauki i jeden z nestorów współczesnego sceptycyzmu naukowego, spopularyzował powiedzenie, że nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnych dowodów („Extraordinary claims require extraordinary evidence”).Biorąc je sobie do serca, powinniśmy traktować wszelkie napotkane tezy z rezerwą wprost proporcjonalną do ich wagi lub konsekwencji. O ile wysunięcie takiego argumentu jest całkowicie uzasadnione w przypadku starożytnych kosmitów, duchów, umiejętności nadprzyrodzonych i innych wydumanych hipotez, o tyle całkowicie traci ono rację bytu po przeniesieniu na grunt polityki i etyki, przeradzając się w pospolity reakcjonizm. Porównajmy: „Jakie są na to dowody?” czy „Gdzie to się sprawdziło?” to sensowne pytania w przypadku kwestii rozstrzygalnych empirycznie, ale już niekonieczne w odniesieniu do tych o wymiarze moralnym. Droga ku postępom społecznym to zwykle skok w nieznane głębiny. Społeczeństwo jest zbyt skomplikowaną strukturą, by możliwe było odwzorowanie w laboratoryjnym eksperymencie wszystkich istniejących w nim zależności i powiązań7. Byłoby to zresztą bezcelowe, bo metoda naukowa nie powie nam – a wręcz nie może powiedzieć – jak sprawiedliwie urządzić świat. Aby dobitnie przekonać się o reakcyjnym podłożu takiego sceptycyzmu, wystarczy prosty eksperyment myślowy. Cofnijmy się do czasów sprzed pierwszych demokracji konstytucyjnych – przed Deklaracją Niepodległości i rewolucją Francuską – albo jeszcze dalej, do Aten za rządów królów. W tych okolicznościach historycznych doprawdy trudno uznać domaganie się dowodów na skuteczność czy słuszność powszechnej (czy raczej: powszechniejszej) partycypacji w rządach jako cokolwiek innego niż próbę chronienia własnej uprzywilejowanej pozycji społecznej. Wprowadzenie demokracji oznaczało bowiem upadek monarchii a wraz z nią także ówczesnych elit, utratę ich władzy.

Nie ma zatem co się łudzić, że jeden model myślenia sprawdzi się w każdym kontekście, a znajomość logiki sprawi, że zawsze będziemy stać po właściwej stronie historii. Na koniec wróćmy jeszcze raz do Hume’a, bo jego poglądy to bodaj najlepsze potwierdzenie powyższej tezy. Pomimo bycia ojcem sceptycyzmu Hume wyznawał nader konserwatywną politykę, stawiając na tradycję oraz utarte wzorce społeczne. Przykładowo, był przeciwnikiem rozwodów, mimo że potrafił prawidłowo diagnozować wiele z problemów małżeństw jako instytucji społecznych, w których władzę autorytarną sprawuje mężczyzna. Był także przeciwnikiem egalitaryzmu ekonomicznego, choć był doskonale świadom niesprawiedliwości i krzywd, jakie wyrządza bieda. Można oczywiście przekonywać, że Hume przeniesiony do dzisiejszych czasów ochoczo zmieniłby swoje poglądy, gdyż obecnie nie brak dowodów na słuszność bardziej liberalnej polityki społecznej. Spekulowanie na temat tego, co martwi od lat myśliciele powiedzieliby o współczesnym świecie, bywa ryzykowne, ale nawet jeżeli przystaniemy na owo nawrócenie Hume’a to nie możemy zapominać o jednej rzeczy: zdobycie obecnych praw wymagało wpierw pokonania reakcyjnych sił pokroju Hume’a, zwykle na drodze rewolucji.

Logika i sceptycyzm to bez wątpienia niezwykle przydatne narzędzia dla naszych umysłów. One same nie powiedzą nam jednak, o czym mamy myśleć. Tkwiąc w przekonaniu, że racjonalizm sprowadza się do logiki stajemy się ślepi na wpływ ideologii na myślenie – obracamy się w przestrzeni „czystej logiki”, więc we własnym mniemaniu jesteśmy apolityczni. Prawdziwie neutralni, jak pewien wiedźmin.

  1. Przeszliśmy zatem, jak po nitce do kłębka, od logiki formalnej do esencjalizmu. W problemach esencjalizmu jeszcze na pewno kiedyś coś napiszę.
  2. To w zasadzie wariant tzw. paradoksu sorytu: „Wyobraź sobie stos piasku, z którego pojedynczo usuwane są kolejne ziarna, aż do momentu, kiedy zostanie już tylko jedno. Czy jest ono nadal stosem? Jeśli nie, to kiedy stos przestał nim być?” W przypadków kubków może się wydawać, że rozwiązaniem jest definicja funkcjonalna np. taka: kubek to naczynie, z którego ludzie piją gorące napoje. Nasza definicja co prawda poradzi sobie z nieostrością, ale otworzy się na kontekstowy relatywizm. Bo co, jeśli niektórzy ludzie piją z kubków także zimne napoje? Albo piją gorące napoje w szklankach? (jak to było modne w PRL-u). Rozwiązaliśmy jeden problem zastępując go innym.
  3. Z tym jeszcze można by się kłócić, twierdząc, że język jest jedynie niedoskonałym odbiciem uporządkowanych operacji mentalnych. Pogląd ten, zwany funkcjonalizmem, cierpi jednak na szereg problemów (chociażby to, że jego konsekwencją jest pewna forma dualizmu). To jednak temat na odrębny wpis.
  4. A nawet wśród noblistów, jak w przypadku Luca Montagniera, odkrywcy wirusa HIV, który do końca życia zajmował się promowaniem „badań” nad homeopatią i szerzeniem teorii spiskowych na temat pandemii COVID-19.
  5. Jeżeli chcecie poczytać coś więcej o epidemii cholery i innych choróbskach, które dawniej trapiły ludzkość to polecam książkę Jennifer Wright Co nas (nie) zabije. 
  6. Choć mówienie, że podnoszenie płacy minimalnej odbija się na stopie zatrudnienia jest zwyczajnie nieprawdą, co wykazali w eksperymencie naturalnym nobliści z ekonomii z 2021 roku: https://www.nytimes.com/2021/10/11/business/nobel-economics-prize-david-card-joshua-angrist-guido-imbens.html
  7. Oczywiście nauka może nadal dostarczać nam pewnych surowych danych, które mogą ułatwić nam podejmowanie decyzji moralnych. Trzeba mieć jednak świadomość, że nawet nauka nie jest całkowicie wolna od ideologii, a dane można zawsze zbierać i przedstawiać w sposób tendencyjny. Najlepszym tego przykładem są przejawy rasizmu naukowego opisane w świetnej książce Stephena Jay Goulda The Mismeasure of Man.

    Źródełko zdjęcia: Kenny Eliason na Unsplash
KategorieFilozofiaPrzemyśleniaSocjologia

Szersze spojrzenie na akcje charytatywne

MrBeast, najbardziej popularny YouTuber na świecie, nakręcił wideo o tym, jak z własnej kieszeni pokrył koszty operacji zaćmy dla okrągłego tysiąca Amerykanów. Ten ośmiominutowy filmik to głównie migawki sprzed i po zabiegu wybranych osób – reakcje niektórych po odzyskaniu wzroku są naprawdę wzruszające. Wydawałoby się, że za ten dobry uczynek, to cudowne uzdrowienie niewidomych, komentatorzy będą piać peany na jego cześć. Tymczasem MrBeast spotkał się z niespodziewanie surową krytyką. Owszem, robienie z filantropii medialnego spektaklu może budzić lekki niesmak, ale przecież nie sposób spierać się z tym, że samo jego działanie było jednoznacznie dobre. Prawda?

Nie do końca. Z perspektywy jednostkowej, niezwykle przydatnej dla utrzymywania obecnego status quo, takie akcje charytatywne rzeczywiście należy ocenić pozytywnie. Życie każdego, komu pomógł MrBeast, niewątpliwie zmieniło się na lepsze. Całą sytuację powinniśmy jednak rozpatrzyć w odpowiednim kontekście. Dlaczego w ogóle konieczna była interwencja milionera? Otóż w Stanach osoby nieubezpieczone muszą zapłacić za operację zaćmy od 3 do 7 tysięcy dolarów na każde oko, więc wielu ludzi w trudnej sytuacji finansowej zwyczajnie nie może sobie na nią pozwolić. W Polsce zabieg ten jest refundowany przez NFZ – na przyjęcie do kliniki pewnie trzeba naczekać się w kolejce, ale lepsze to niż wypatrywanie gwiazdki z nieba w postaci bogatego sponsora.

To „jednoznacznie dobre działanie” odbywa się zatem w ramach jednoznacznie złego systemu. Bo jak inaczej ocenić społeczeństwo, które skazuje swoich członków, często tych najbardziej bezbronnych, na łatwo uleczalną ślepotę? Zauważmy, że motywacje nie mają w tym wypadku większego znaczenia. Być może MrBeast rzeczywiście kierował się, przynajmniej we własnym mniemaniu, szlachetnymi pobudkami. Posłużę się tu jaskrawą analogią: wyobraźmy sobie Amerykę sprzed wojny secesyjnej i zamożnego białego plantatora, który – kierując się dobrocią serca – uwalnia wszystkich swoich czarnych niewolników i niewolnice. Opiewanie jego dobroci nijak nie przybliżałoby amerykańskiego społeczeństwa do zniesienia niewolnictwa. „Potrzeba nam więcej dobrych panów, a nie zniesienia niewolnictwa!” – mógłby odezwać się jakiś przebiegły polityk z południa. Inni biali, urzeczeni tym, ileż to dobra wciąż jest na świecie, tylko głębiej pogrążaliby się w swojej politycznej apatii. Po co działać, skoro najwyraźniej jesteśmy w dobrych rękach? Wciąż możemy liczyć na życzliwość bliźnich!

W tym właśnie tkwi sedno sprawy: wynoszenie bogatych dobroczyńców na piedestał odwraca uwagę od rzeczywistych problemów. Cała dyskusja, zamiast toczyć się wokół przyczyn, czyli kapitalistycznego systemu żerującego na ludzkiej niedoli, oraz potencjalnych rozwiązań – w Stanach można by zacząć od wprowadzenia publicznego systemu opieki zdrowotnej – schodzi na sentymentalne tory, a wszelkie głosy krytyki są uciszane jako „malkontenckie”. Bo skoro ktoś krytykuje taki jednoznacznie dobry czyn, to najpewniej robi to z zawiści. Co gorsza, przekierowanie takiej dyskusji staje się praktycznie niemożliwe, bo nieustannie wykolejają ją Wielcy Moralizatorzy – ludzie, dla których świat jest manichejską areną, gdzie ścierają się siły Dobra i Zła, a źródłem każdego problemu jest właśnie owo bliżej nieokreślone „zło” bądź „egoizm”, nie zaś system punktujący chciwość. Słowem: potrzeba nam więcej dobrych panów, a nie sprawiedliwego systemu społecznego.

Bardzo podobny problem mam, i tu pewnie spadną na mnie gromy, z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. O ile zupełnym obłędem wydaje mi się bezwzględne krytykowanie WOŚP – zakupione przez nich sprzęty niewątpliwie ratują życie – o tyle trudno nie dostrzec, jak kształtuje ona optykę debaty wokół polskiej służby zdrowia. „Gdyby nie WOŚP, Polskie szpitale dawno by padły” – można czasem usłyszeć. Tymczasem, jeśli wierzyć wyliczeniom OKO.press, sumy zebrane przez WOŚP oscylują w granicach dwóch promili rocznego budżetu NFZ1. Nie da się zatem załatać dziur budżetowych NFZ ani finansować szpitali z działań charytatywnych. W przypadku WOŚP dochodzi jeszcze problematyczna postać Owsiaka, który w wywiadach opowiadał się za prywatyzacją służby zdrowia. Owsiak, świadomie czy nie, dąży nie do poprawy opieki zdrowotnej w Polsce – zreformowanej, dobrze dofinasowanej publicznej służby zdrowia – tylko do skrócenia kolejek dla bogatych i niekończącego się festiwalu charytatywności dla ubogich. Dokładnie tak samo jak w Stanach.

1. Przy okazji odniosę się od razu do cokolwiek kuriozalnego kontrargumentu, jakoby takie porównanie nie miało sensu, bo „pieniądze z budżetu NFZ idą nie tylko na sprzęt”, a szpitalne inwestycje finansowane są także ze środków samorządowych i unijnych. Okej, i co z tego? Co niby stoi na przeszkodzie, żeby podnieść składki zdrowotne (lub zdobyć środki w inny sposób np. poprzez podatek progresywny) i więcej pieniędzy przekierować konkretnie na zakup sprzętu?  

Źródełko zdjęcia: Diana Polekhina on Unsplash

KategorieFilozofiaJęzykoznawstwoPrzemyślenia

O języku, swobodzie wypowiedzi i słowie „Murzyn”

Krótko po czerwcowych protestach ruchu Black Lives Matter rozpętała się w polskim Internecie medialna burza wokół używania słów „Murzyn” i „Murzynka”. Ówczesny dyskurs przesiąknięty był na wskroś rasistowskimi argumentami i konserwatywnymi sentymentami („zawsze było dobrze, po co coś zmieniać”). Pojawiły się też językoznawcze analizy, odwołujące się do historycznego użycia tego słowa i utrzymujące, że nie ma podstaw do jego stygmatyzacji. Niecały tydzień temu temat wrócił, bo pojawiło się nieoficjalne stanowisko Rady Języka Polskiego (RJP), które stanowczo neguje wcześniejszy „konsensus”, przypisując słowu „Murzyn” zdecydowanie pejoratywne (negatywne) konotacje. Za pierwszym razem szansa do wypowiedzenia się przeleciał mi koło nosa – jakby nie patrzeć temat wpisuje się w językoznawstwo, główny obszar mojej naukowej specjalizacji. Tym razem jednak nie odpuszczę, bo jest w nim wiele interesujących problemów do przedyskutowania. Zanim jednak wytoczę najcięższe lingwistyczne działa zacznijmy od czegoś lżejszego: od ideologii i wolności słowa (czy napisałem lżejszego? Sorry).  

Argumentem powtarzanym jak mantra przy okazji jakichkolwiek prób ingerencji w kulturę, jest to że oto pewna grupa Innych próbuje przeforsować swoją ideologię. Nie inaczej jest w przypadku zmian językowych, przez co decyzja RJP określona została jako „ideologicznie umotywowana”. To argument równie prosty co perfidny w swoich założeniach. Oczywiście, że jest to decyzja ideologiczna, co do tego nie powinno być wątpliwości. Wypada jednak dodać jakaż to nikczemna ideologia kryje się w oświadczeniu RJP: chodzi mianowicie o prawo każdego człowieka do godności. Wiele osób czarnoskórych odbiera słowo „Murzyn” jako obraźliwe, więc w odpowiedzi ludzie chcący ich decyzję uszanować odchodzą od używania tego słowa. Nie ma w tym żadnego drugiego dna. Argument z ideologią zatrzymuje się jednak w pół drogi, w tym wygodnym obszarze semantycznego niedookreślenia. „O jaką ideologię chodzi? No, o ideologię, po prostu. Nie wiem, może kulturowy marksizm?” Albo nie dostajemy żadnego wyjaśnienia albo musimy się zadowolić się jakąś mgliście zdefiniowaną pojęciową łatką i w żadnym razie nie powinniśmy zadawać niewygodnych pytań.

Drugą najczęstszą kontrą do propozycji zmian języka jest zagrożenie wolności słowa. Kiedy używanie pejoratywnie nacechowanego słowa spotyka się z krytyką społeczną i jakąś współczesną formą ostracyzmu (kultura unieważniania, zablokowanie konta na Twitterze, zwolnienie w przypadku osoby publicznej itp.) podnosi się larum, że swoboda wypowiedzi „ofiary” owego ostracyzmu została naruszona. Nota bene dokładnie tego samego argumentu używają niektórzy prawicowi publicyści, odmawiający posługiwania się właściwym imieniem osoby transseksualnej/niebinarnej lub stosowania odpowiednich zaimków osobowych – tak było chociażby z Margot. Argument ten w obydwu przypadkach opiera się na błędnej definicji wolności słowa.

Wolność słowa to nie prawo do platformy ani wolność od konsekwencji. Spróbuję posłużyć się tu prostym eksperymentem myślowym, żeby zademonstrować tę zależność. Powiedzmy, że wybrałem się do Wydziału Fizyki i Astronomii z chęcią wygłoszenia wykładu na temat mojej autorskiej próby pogodzenia mechaniki kwantowej i ogólnej teorii względności. Dodajmy, że nie mam żadnego formalnego wykształcenia w tym kierunku, więc moje rozumienie tych teorii jest na poziomie doinformowanego laika, a poruszony przeze mnie problem teoretyczny jest, delikatnie mówiąc, karkołomny. Czy jeżeli zostanę odesłany z kwitkiem to moja wolność słowa została naruszona? Skądże. Nikt nie wkłada mi w usta literalnego czy metaforycznego knebla. Nie przyjeżdża po mnie policja polityczna. Nie otrzymuję jedynie dostępu do pewnej platformy, ponieważ nie posiadam wymaganych kompetencji, żeby wypowiadać się na wybrany temat. Podjęcie decyzji o odprawieniu mnie leży wyłącznie w gestii Uniwersytetu. Byłoby czystym absurdem oczekiwać, że Uniwersytet przystanie na moją prośbę w imię poszanowania prawa do swobodnego wygłaszania poglądów. Śmiem podejrzewać nawet, że cała instytucja uniwersytetu by się sypnęła, gdyby każdy przechodzień mógł z ulicy wparować do sali wykładowej ze swoim przemyśleniami na dowolny temat.

Kontynuujmy jednak nasz eksperyment. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, żebym wygłosił swój „wykład” w wynajętym przez siebie pomieszczeniu konferencyjnym. Dziekan wspomnianego Wydziału (ani nikt inny) nie może zadzwonić na policję, żeby zainterweniowała i mnie „uciszyła”. Gdyby udało mi się zyskać trochę medialnego rozgłosu, to być może szczegóły mojego wystąpienia dotarłyby nawet do fizyków – ludzi, którzy rzeczywiście znają się na rzeczy i którzy bez wątpienia byliby w stanie rozerwać moją „teorię” na strzępy. Czy ich miażdżąca krytyka byłaby naruszeniem mojej wolności słowa? Również nie, bo wygłosiłem swój wykład bez problemu – komplikacje pojawiły się dopiero po fakcie i wciąż nie powstrzymują mnie przed dalszym szerzeniem swoich wydumanych (i błędnych) przemyśleń. Drwiące komentarze fizyków oczywiście mogłyby mnie uciszyć  w sposób pośredni, wpływając na moje poczucie wstydu, ale co do zasady na żadnym etapie nie zostałem pozbawiony przysługującej mi swobody wypowiedzi. Mało tego, gdyby zabronić tym fizykom krytycznej analizy mojego wykładu, to należałoby się zacząć zastanawiać co z ich wolnością wypowiedzi.

Wystarczy teraz zamienić w tej analogii moją teorię na słowo „Murzyn”, uniwersytet na radio/gazetę/telewizję, fizyków na aktywistów społecznych, a mnie… na kogoś innego. Czyli wolność słowa to nie prawo do platformy: tak jak uniwersytet ma prawo odmówić komuś dostępu do swojej platformy, tak samo stacja radiowa, może kogoś tej platformy pozbawić – podmioty te mogą same decydować o tym kto będzie ich reprezentował. Jeżeli boli Was, że podmioty prywatne uginają się pod presją opinii publicznej, wińcie nie „autorytarną lewicę” tylko kapitalizm, ale o tym za moment. Wolność słowa nie oznacza również wolności od konsekwencji: kontrowersyjne wypowiedzi będą spotykać się z negatywną reakcją, czy to ze strony fizyków w przypadku dziwnych teorii czy aktywistów i myślicieli w przypadku posługiwania się językiem uznawanym za obraźliwy. Uciszanie krytyków niesłusznie rozszerza wolność słowa jednej jednostki kosztem wolności słowa innych jednostek (owych krytyków).

Być może chodzi Wam też po głowie myśl „ale czy to nie jest cenzura?” Nie sądzę. Z cenzurą zwykle mamy do czynienia, kiedy podmioty tracą swoją autonomię w decydowaniu komu będą przyznawać dostęp do swojej platformy. Coś takiego mamy w sytuacji państw autorytarnych z „jedyną słuszną doktryną”, narzucaną odgórnie wszystkim innym podmiotom (uniwersytetom, gazetom, telewizji itd.). Przyznaję jednak, że współczesne przypadki unieważniania (cancelling), czyli swego rodzaju bojkotu społecznego, należy rozpatrywać we właściwym im kontekście. Lewica potrafi być szczególnie wyczulona na zachowania odbiegające od przyjętych wzorców, reagując stanowczo nawet na ich najdrobniejsze przejawy – o ile jest w ogóle w stanie dojść do porozumienia, co do tego jak wspomniane wzorce powinny wyglądać. Z uwagi na to, jak skomplikowana potrafi to być sprawa, w problematykę cancel culture nie będę się dalej zagłębiał w tym eseju.

Wracając do mojej analogii, może się wydawać, że jej użyteczność kończy się, kiedy dotrzemy do problemu decydowania o tym komu platforma do głoszenia wypowiedzi jest udzielana. Powiedzmy, że Facebook udziela swojej platformy ludziom dezinformującym innych (ot, taka czysto hipotetyczna sytuacja). W odpowiedzi publika, lub pewny jej wycinek, zaczyna domagać się zdjęcia treści z platformy. Czy ugięcie się Marka Zuckerberga pod presją i usunięcie kontrowersyjnego materiału oznaczać będzie, że czyjaś wolność słowa została naruszona? Odpowiedź wciąż brzmi: nie. Zuckerberg mógłby spokojnie pokazać nam wszystkim środkowy palec i nic z tym nie zrobić, bo w tym zakresie nie istnieją żadne formy instytucjonalnego przymusu (patrz PS). To, że duże korpo często w takich sytuacjach poddaje się presji, to nie sygnał, że wolność słowa umiera. To sygnał, że kapitalizm działa. Spółki słuchają jedynie tych żądań, które mogą realnie zagrozić ich zyskom.

Po tym przydługim wstępie dochodzimy w końcu do stricte językoznawczej części tego eseju. Dlaczego ludzie tak alergicznie reagują na propozycje zmian w języku? Po części wynika to z faktu, że takie zmiany mogą być odebrane jako atak osobisty („ja używam tego słowa i nie widzę w tym nic złego”). Główną przyczyną jest jednak preskryptywizm (normatywizm), mocno zakorzeniony w polskim językoznawstwie i laickim pojmowaniu języka. W pewnym uproszczeniu to podejście do języka zakłada, że mniej istotne jest to jak ludzie rzeczywiście posługują się językiem niż to jak powinni się nim posługiwać, zgodnie z obowiązującymi zasadami gramatyki i ugruntowanymi na drodze zwyczaju normami językowymi (a raczej ich wersją wyidealizowaną). Wszyscy wynosimy preskryptywistyczne podejście do języka ze szkół i otoczenia: nie zaczynaj zdania od spójnika, mów „poszedłem” zamiast „poszłem”, nie używaj „bynajmniej” jako „przynajmniej” i tak dalej, lista jest długa.

Naturalną konsekwencją preskryptywizmu jest bardziej konserwatywne podejście do zmian językowych, które odbierane mogą być jak naruszenia istniejących norm, a zatem coś czemu należy się przeciwstawiać. W skrajnych przypadkach preskryptywizm przeradza się w językowy snobizm – umniejszanie pozycji innych ludzi jedynie na podstawie języka jakim się posługują. Wystarczy szybki rzut okiem w komentarze pod niektórymi postami np. fejsbukowego profilu Słownika polsko-polskiego albo Poprawnej Polszczyzny, żeby wyłapać tego typu sentymenty. To wręcz zdumiewające jak niektórzy ludzie potrafią z rozbrajającą szczerością wyznać, że „tej całej matematyki to nigdy nie potrafili ogarnąć”, a kiedy ktoś równie otwarcie stwierdzi, że poprawne posługiwanie się językiem sprawia mu problem, natychmiast przyjmują wobec tej osoby stanowisko intelektualnej wyższości, traktując ją jak niedouczonego idiotę.

Należy sobie jednak zadać pytanie, czy aby preskryptywiści nie mają racji. Może istnieją obiektywne przesłanki do opierania się zmianom językowym? Co z etymologią (pochodzeniem) słowa? Żeby odpowiedzieć na te pytania w pierwszej kolejności musimy wyjaśnić skąd słowa w ogóle biorą swoje znaczenie. Nie będę tutaj wchodził w szczegóły, bo nie ma zgody pośród językoznawców i filozofów języka, co do tego jak dokładnie powstaje znaczenie w języku (patrz PS2). Niemal wszyscy badacze języka zgadzają się jednak, że znaczenie w języku jest do jakiegoś stopnia skonwencjonalizowane. Znaczy to, że nie istnieją żadne obiektywne powody do np. nazywania czworonożnego, futrzastego „najlepszego przyjaciela człowieka” psem (ale patrz PS3). Wystarczy zwrócić się w stronę innych języków, żeby to sobie uzmysłowić. Pies to także dog, Hund i собака. Z racji, że znaczenie przejawia się na poziomie nie tylko poszczególnych słów, ale także bardziej skomplikowanych struktur i samej gramatyki, to samo można powiedzieć o języku w ogóle – język w dużej mierze jest wynikiem pewnych konwencji.    

Nawet przyjmując, że połączenie znaczenia i formy jest arbitralne, to przecież nie powinniśmy się poddawać próbom zmieniania tego znaczenia. Ktoś pierwotnie ustalił je tak a nie inaczej, więc chyba powinniśmy się tego trzymać, prawda? Niekoniecznie. Zmiana językowa jest procesem, który stale zachodzi w języku. Ponieważ jednak jego pełne ramy czasowe rozciągają się zwykle na kilka pokoleń, może być trudno go zaobserwować bez sięgnięcia do korpusów (zbiorów reprezentatywnych tekstów) i/lub słowników. Spójrzmy chociażby na proste angielskie słówko: meat, czyli mięso. Słownik etymologiczny podaje, że pochodzi ze staroangielskiego mete, które wtedy oznaczało „pokarm ogólnie”. Zatem jak widać znaczenie słowa meat z czasem uległo zawężeniu. Innym ciekawym przykładem jest słowo atom. Słowo ukute zostało z greckiego atomos, czyli niepodzielny. Zgodnie z obecnym staniem wiedzy atom jest podzielny, często z katastrofalnymi skutkami. Innym przykładem z języka polskiego, który wywołuje ironiczne uśmieszki u uczniów i zażenowanie u nauczycieli języka polskiego jest słowo kutas. Obecnie używane jako niespecjalnie eleganckie określenie męskiego przyrodzenia lub nieprzyjemnego mężczyzny, w „Panu Tadeuszu” miało zupełnie inne znaczenie:

(…) I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,

Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem

Wulgarne znaczenie słowa kutas spowodowało wyparcie jego oryginalnego znaczenia, czyli frędzel, pompon (więcej o tym zjawisku pisze Benjamin Bergen w swojej książce „What the F. Co przeklinanie mówi o języku, naszym umyśle i nas samych”). Tak na marginesie warto zwrócić uwagę na odmianę słowa „klucz”, obecnie uznawaną za niepoprawną. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że żądanie powrotu do pierwotnych znaczeń wyżej wspomnianych słów byłoby nie tylko trudne, ale pewnie i kontrproduktywne.

Język w pewnym sensie jest jak żywy organizm (albo ściślej: grupa użytkowników danego języka jest jak populacja) i podlega podobnym mechanizmom ewolucyjnym. Oczywiście chodzi tutaj o ewolucję kulturową a nie biologiczną, ale torem zarówno jednej jak i drugiej nie sposób w pełni świadomie kierować. Ludzie posługują się językiem tak jak uważają, że w danym momencie powinni, a na ich wybory językowe wpływa wiele jawnych i niejawnych czynników: kontekst sytuacji językowej (czy rozmawiamy z kolegą czy z szefem), chęć zyskania lub utrzymania prestiżu, chęć zadeklarowania przynależności do danej grupy społecznej lub odcięcia się od innej (np. poprzez slang), chęć wyróżnienia się pośród innych (za pomocą kreatywności językowej), czy konieczność sprostania wymogom danego dyskursu. Co istotne zdecydowana większość ludzi nie ma rozległej jawnej wiedzy (explicit/expressive knowledge) językoznawczej, więc język jakim się posługują zawsze jest pewną aproksymacją języka w ujęciu normatywnym. Innymi słowy ludzie używają języka tak jak im się wydaje, że powinni. Nikt z nas nie zdobywa swojej wiedzy o języku, czytając słowniki i podręczniki do gramatyki – wiedza przeciętnego użytkownika języka ma charakter niejawny (implicit/tacit knowledge).

Oczywiście normy językowe też odgrywają pewną rolę w kształtowaniu języka. Niektóre zmiany mogą być tak mocno stygmatyzowane przez językoznawców i użytkowników języka, że nie zostaną przyjęte. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu obstawiałem, że forma „poszłem” się przyjmie, ze względu na łatwiejszą wymowę i symetryczność do formy żeńskiej („poszłam”). Opór preskryptywistów był jednak zbyt duży. Natomiast „w książce pisze” (zamiast „jest napisane”) ostatecznie weszło do słowników jako forma akceptowalna. Gwoli jasności nie twierdzę, że każda zmiana języka jest koniecznie pożądana. Sprzeciw wobec tych, które mogą doprowadzić do pomieszania pewnych pojęć, nie mają żadnego dobrego wytłumaczenia z punktu widzenia fonologii czy ekonomii języka albo prowadzą do zbędnej synonimii (redundancji), jest w mojej ocenie słuszny – podobnego zdania jest również psycholog i językoznawca Steven Pinker. W przypadku słowa „Murzyn” nie mamy jednak takiej sytuacji, bo tutaj chodzi o kontekst społeczny i tę „nikczemną  ideologię”, o której wspomniałem na początku tego eseju.    

Warto też zastanowić się przez moment, co to w ogóle znaczy, że coś jest językowo poprawne. Poprawne zdaniem kogo? Poza językiem standardowym, czyli odmianą języka przyjmowaną w dyskursie publicznym, funkcjonuje także wiele dialektów. Są to regionalne (regiolekty), etniczne (etnolekty) czy społeczne (socjolekty) odmiany „niestandardowe”. Przykładowo w gwarze krakowskiej wychodzi się „na pole” zamiast „na dwór”. Nie ma absolutnie żadnego obiektywnego powodu do preferowania któregokolwiek z tych wariantów, a mimo to „na pole” uznawane jest często za niepoprawne, jedynie dlatego, że nie należy do języka standardowego. Na dodatek granica pomiędzy językiem a dialektem jest płynna i wytyczana na podstawie kryteriów innych niż językowe. Wśród językoznawców od lat krąży taki dowcip: czym różni się dialekt od języka? Język ma armię i marynarkę. To oczywiste uproszczenie, ale jest w nim ziarno prawdy, bo często decyzja o tym co uznać za dialekt a co za język jest bardziej umotywowana politycznie niż naukowo. Jednym z podstawowych kryteriów rozróżnienia pomiędzy dialektem a językiem jest wzajemna zrozumiałość (mutual intelligibility). Nawet niektóre odmiany języka uznawane za dialekty polskiego nie spełniają tego kryterium. Kto miał okazję porozmawiać z rodowitymi Kaszubami wie o czym mówię.  

Podsumowując, znaczenie jest konwencjonalne, zmienia się z biegiem czasu w sposób niekontrolowany, a poprawność językowa jest pojęciem arbitralnym. Trochę dziwią zatem preskryptywistyczne tendencje, wyraźnie widoczne w opiniach niektórych polskich językoznawców – choćby sam fakt, jak wiele uwagi zwracają na etymologię słowa „Murzyn”. Pochodzenie tego słowa jest w obecnej sytuacji bez znaczenia, bo nie ma ono żadnego wpływu na jego współczesne postrzeganie. Śmiem twierdzić, że zdecydowana większość ludzi dowiedziała się, że słowo „Murzyn” pochodzi od łacińskiego maurus (Maura) dopiero przy okazji tej całej medialnej afery. W szczególności chciałbym tutaj odnieść się do opinii profesor Kłosińskiej. Generalnie zgadzam się ze stanowiskiem Pani Profesor, ale jej wnioski końcowe wprawiają mnie w lekkie osłupienie. Profesor Kłosińska bowiem, chociaż zdaje sobie sprawę z negatywnej percepcji słowa „Murzyn” stwierdza, że:  

(…) dla mnie nazwa Murzyn nie ma w sobie nic obraźliwego, jeśli odnosi się do osoby czarnoskórej. Używa się jej przecież (przynajmniej w rozmowach prywatnych) nawet w odniesieniu do Baracka Obamy, człowieka bardzo szanowanego, a przez niektórych wręcz uwielbianego. Używają jej w stosunku do siebie niektórzy polscy obywatele mający ciemną skórę, także nie widząc w niej nic złego. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że część czarnoskórych Polaków uważa ją za niestosowną, obraźliwą czy wręcz raniącą. Wiedząc o tym, staram się jej przy nich nie używać – nie w imię politycznej poprawności, lecz zwykłej ludzkiej życzliwości.

Skoro, jak profesor Kłosińska słusznie zauważyła, są ludzie, którym słowo „Murzyn” się nie podoba, to skąd bierze to przywiązanie do niego w rozmowach prywatnych? Nie brak przecież neutralnych odpowiedników: osoba czarnoskóra lub Afroamerykanin (w odniesieniu do czarnoskórych osób z Ameryki). Profesor Kłosińska musi przecież zdawać sobie sprawę z konwencjonalności znaczenia i istoty zmiany językowej, o których pisałem wyżej. Czy to naprawdę kwestia sentymentu do tego trącącego rasizmem wiersza Tuwima? Nie mogę również zgodzić się z twierdzeniem, że słowo „Murzyn” jedynie „(…) w językach angielskim czy francuskim, są obciążone licznymi konotacjami związanymi z dziedzictwem kolonializmu, przez co są po prostu obraźliwe.” Jak się okazuje rasizm nie zna granic i nie zniknął w magiczny sposób po uwolnieniu czarnoskórych niewolników i ruchach na rzecz praw obywatelskich z lat 60. Internetowe komentarze ostatnich protestów Black Lives Matter dostarczyły na to aż nadto dowodów. Może negatywne konotacje słowa „Murzyn” osoby czarnoskóre mieszkające w Polsce biorą nie ze studiowania dwujęzycznych słowników, jak sugeruje profesor Kłosińska, tylko z rasistowskich wypowiedzi, w których słowo to się często przewija?  

W temacie polskiej myśli językoznawczej chciałbym też odnieść się bezpośrednio do oświadczenia RJP, bo odnoszę wrażenie, że profesor Łoziński w pewnym momencie trochę strzelił sobie w stopę. Po pierwsze nie jestem przekonany co do twierdzenia profesora Łozińskiego, że słowo „czarny” nie ma tych samych pejoratywnych konotacji co słowo „Murzyn”. Poważniejszy problem tkwi jednak w czym innym. Możemy jednak posłużyć się tym, żeby dojść do sedna problemu ze słowem „Murzyn”. Profesor Łoziński twierdzi, że słowo to:

Określa nie narodowość ani pochodzenie geograficzne, tylko kolor skóry, a ta cecha podobnie jak kolor włosów, wzrost, typ figury nie musi być istotna w opisie człowieka.

W języku polskim funkcjonują inne rzeczowniki, które w bezpośredni sposób zwracają uwagę na owe nieistotne cechy wyglądu i które jednocześnie nie mają tego samego pejoratywnego wydźwięku. Na przykład słowo „blondynka”. Co ciekawe, jeżeli spojrzymy do korpusu języka polskiego, to znajdziemy wiele kontekstów zahaczających o seksizm (sprowadzane kobiet wyłącznie do cech fizycznych). Ludziom z generacji Y i starszym „blondynka” też nieodłącznie kojarzy się z osobą głupią, przez nieszczególnie błyskotliwe dowcipy o blondynkach, które najwyraźniej przetrwały po dziś w odmętach Internetu. Z tego co wyczytałem na stronach o dowcipach do teraz nie mogę się otrząsnąć – to niesamowite połączenie otwartego seksizmu i żenującego humoru.

Pomimo tych seksistowskich podwalin samo określenie „blondynka” nie nabrało jednak pejoratywnego wydźwięku. Nie doczekaliśmy się też żadnych analiz etymologii tego słowa ani protestów pewnych grup społecznych przeciwko używaniu go w dyskursie publicznym. Jest ku temu proste wytłumaczenie: blondynki nie doświadczają regularnych prześladowań wyłącznie ze względu na kolor włosów. Seksizm oczywiście nadal ma się dobrze w kulturze, niestety, ale nie mamy sytuacji, w której blondynki są selektywnie, systemowo dyskryminowane, a brunetki natomiast nigdy tego nie doświadczają. To też dobitnie pokazuje, co jest nie tak z omawianym wcześniej stanowiskiem profesor Kłosińskiej: oczywiście, że słowo „Murzyn” może nam, białym, uprzywilejowanym ludziom nie przeszkadzać. My nigdy nie doświadczyliśmy systemowego rasizmu.

Na koniec została pewna dość marginalna kwestia, ponieważ jednak pojawiła się ona na dość poczytnym blogu poświęconym popularyzowaniu nauki zadziałała na mnie trochę jak czerwona płachta na byka. „To tylko teoria” w swoim artykule, w którym jak zapewnia „omij[a] populistyczne zagrywki odwołujące się do ideologii, światopoglądów czy przynależności do określonej grupy, organizacji aktywistycznej bądź partii politycznej”, stwierdza, że brak pejoratywnego nacechowania słowa „Murzyn” wynika z naukowego konsensusu. Czyli jego zdaniem słowo „Murzyn” nie jest obraźliwe, ponieważ co do tego faktu istnieje powszechna (a przynajmniej większościowa) zgoda językoznawców. Podobnie jak w przypadku globalnego ocieplenia istnieje powszechna zgoda klimatologów, co do tego, że spowodowane jest antropogenicznymi (ludzkim) emisjami dwutlenku węgla.

Nawet pomijając fakt, że język nie stanowi obiektywnego opisu rzeczywistość i jest nierozerwalnie związany z kulturą (a przez to także i polityką), to stwierdzenie jest po prostu błędne, żeby nie powiedzieć szkodliwe. Powołując się na konsensus naukowy autor nieświadomie propaguje fałszywy obraz konsensusu – jego swoistą karykaturę, którą posługują się często fani teorii pseudonaukowych. Konsensus naukowy nie polega na demokratycznym głosowaniu naukowców. Jest wypadkową ogółu zgromadzonych dowodów naukowych. Nie bardzo zatem wypada nam mówić tutaj o konsensusie naukowym, zważywszy na to, że kwestia czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe zależy od jego uzusu – od tego jak ludzie tego słowa używają i jak je postrzegają. A o ile mi wiadomo nie przeprowadzono dotychczas żadnych badań korpusowych (tj. badań na zbiorach reprezentatywnych tekstów) ani badań ankietowych z zakresu socjolingwistyki na temat użycia słowa „Murzyn.”

Opinia językoznawców w tym zakresie może być pomocna, ale zasadniczo nie jest wiążąca, co zresztą dobitnie pokazało odmienne oświadczenie RJP. Za pomocą terminologii prawniczej, można by powiedzieć, że opinia językoznawców ma charakter deklaratywny, a nie konstytutywny – może jedynie potwierdzać istnienie pewnych faktów na temat języka, nie może ich jednak sama tworzyć. Jeżeli te fakty nie istnieją, a jak stwierdziłem wyżej tego po prostu nie wiemy, to sama opinia ekspercka nie zbuduje nam konsensu. Kiedy mówimy o konsensusie naukowym w odniesieniu do globalnego ocieplenia klimatu, nie mamy na myśli jedynie eksperckiej opinii klimatologów, ale ich interpretację istniejących badań na ten temat.  

W podsumowaniu chciałem te sześć strony swoich intelektualnych wypocin zebrać jakąś ładną poetycką klamrą, ale ktoś zrobił to już o wiele lepiej, więc po prostu go zacytuję. Tak swoje decyzje tłumaczeniowe uzasadnił Mikołaj Denderski, tłumacz polskiego wydania „Zapisków syna tego kraju” tomu esejów jednego z najważniejszych działaczy na rzecz praw obywatelskich i niesamowitego erudyty, Jamesa Baldwina:

Na potrzeby przekładu posługuję się, dla zachowania prawdy o momencie historycznym, w którym tekst powstawał słowem „Murzyn” w miejscach, w których James Baldwin pisał Negro. Trudno jednak udawać, że od czasów napisania tych esejów nie zaszły żadne zmiany w świadomości i wrażliwości (nie tylko amerykańskich) odbiorców twórczości Baldwina i że żadne zmiany nie zaszły w strukturze demograficznej państw narodowych zglobalizowanego świata. Nie wiem, czy ktoś byłby w stanie bez skrępowania wmawiać koledze z Konga czy z Gambii, który pracuje w nim w biurze międzynarodowej firmy, że w naszym kraju jest nie sobą, tylko „Murzynem”.

Zdaję sobie sprawę, że można odbierać ten temat jako jałowe rozważania teoretyczne, zwłaszcza, jeżeli w swoim otoczeniu nie macie osób czarnoskórych – w Polsce nadal stanowią bardzo niewielki odsetek społeczeństwa. Chociaż na moich zajęciach przewinęły się setki studentów, sam znam tylko jedną osobę czarnoskórą. W miarę jak globalna struktura demograficzna będzie się zmieniać, tych osób będzie coraz więcej, a tymczasem, jak w innym miejscu zaznacza Denderski, język polski „zatrzymał się na średniowieczu”. Jeżeli szacunek do innych osób, niezależnie od płci, koloru skóry, orientacji seksualnej czy wieku, jest czymś co leży nam na sercu, to warto także zwrócić uwagę na język jakim się posługujemy – nawet jeśli teraz wydaje się to kwestią abstrakcyjną.

PS. Prawdę powiedziawszy to trochę nawet tak było, bo po aferze z Cambridge Analytica, które nielegalnie zbierało dane z Facebooka o amerykańskich wyborcach, Zuckerberg trochę się spocił w świetle medialnych i politycznych reflektorów, Facebook dostał karę od FTC, ale nic tak naprawdę się nie zmieniło.

PS2. Osobiście skłaniam się ku jakiemuś połączeniu ucieleśnienia (tj. osadzenia języka w fizycznych doświadczeniach, które umożliwiają nam nasze ciała) oraz poziomych (syntagmatycznych) i pionowych (paradygmatycznych), statystycznych powiązaniach pomiędzy słowami. Temu zagadnieniu poświęcona byłą moja praca doktorska, więc na pewno coś jeszcze o tym kiedyś napiszę.   

PS3. Przykładem słów, które są bardziej ikoniczne niż symboliczne (mają wyraźne połączenie z tym co reprezentują) są onomatopeje, czyli np. słowa opisujące pewne dźwięki (miau, kukuryku, bum, bach, łup itd). Zgodnie z niektórymi teoriami ikoniczność może sięgać o wiele głębiej i przybierać postać fonestezji, czyli przypisywania pewnych skojarzeń sekwencjom fonetycznym np. sl- na początku słowa w języku angielskim może kojarzy się z płynnym ruchem lub płynną zmianą stanu (slow, slush, slide, sleep).

Źródełko zdjęcia: Photo by James Eades on Unsplash

KategorieFilozofiaPrzemyśleniaSocjologia

Sprzeciwianie się nienawiści

Pierwotnie ten wpis miał rozpocząć się krótkim omówieniem tego jak politycznie umotywowane graffiti jest formą oporu społecznego znaną jeszcze z czasów starożytnych. Jednak po ostatnich wydarzeniach wydało mi się to zbyt miałkie. Od gromkiego potępienia używania tęczowych flag do „znieważania pomników”, jakie padło ze strony polskiej prawicy, centro-prawicy i wszelkiej maści liberałów, w ciągu dni przeszliśmy do sytuacji, w której policja brutalnie zatrzymuje uczestników spontanicznego zgromadzenia w obronie praw osób LGBT+.

Pewnie powinienem się tego spodziewać, bo niestety szliśmy w tym kierunku już od jakiegoś czasu, ale ta eskalacja nienawiści była dla mnie niemałym szokiem. Mimo że problem ten nie dotyka mnie bezpośrednio – jako biały heteroseksualny cis mężczyzna (patrz PS) nie doświadczyłem nigdy żadnych prześladowań – nie mogę go po prostu przemilczeć. Bierność grupy uprzywilejowanej jest świadomym stanowiskiem politycznym. Przyznaję, że publiczny aktywizm polityczny i branie udziału w demonstracjach to nie mój żywioł. Dlatego chciałbym zająć się tym, co potrafię robić: pisaniem i filozofią (są też inne metody wsparcia, patrz PS2).  

Pomimo jawnych niesprawiedliwości jakie spotkały aktywistów i prześladowań jakich doznały osoby LGBT+ dyskurs publiczny nadal w dużej mierze obraca się wokół symetrystycznych argumentów pokroju „powinni byli demonstrować pokojowo” lub „przemoc to przemoc, jedna i druga strona jest siebie warta” (ale patrz PS3). Chciałbym, żebyście wspólnie ze mną zastanowili się, czy rzeczywiście każda przemoc jest dokładnie taka sama i czy istnieją sytuacje, w których przemoc może być uzasadniona.

Żeby w ogóle móc prowadzić choćby marginalnie konstruktywną dyskusję na ten temat trzeba zacząć od definicji przemocy. Ponieważ z punktu widzenia filozofii potrafi to być niezwykle grząski temat i wśród filozofów brak jednej powszechnie przyjmowanej definicji (w tym temacie polecam wykład Judith Butler), będę poruszał się na nieco niższym poziomie abstrakcji, głównie odnosząc się do siatki pojęciowej socjologii.

Zacznijmy jednak od tego jak potocznie rozumie się przemoc. Zwykle jest to jakiegoś rodzaju celowy, fizyczny atak na drugą osobę. Problem z tą definicją jest dość oczywisty: jest zdecydowania zbyt wąska i nie obejmuje form przemocy innych niż przemoc fizyczna. Nie mówi nam też nic o źródle przemocy i jej konsekwencjach. Przyjrzyjmy się zatem czemuś bardziej kompleksowemu. Zgodnie z definicją Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), przemocą jest

Intencjonalne działanie polegające na użyciu siły fizycznej lub władzy, rzeczywiste lub jedynie poprzez groźby, przeciwko sobie, innym osobom lub przeciwko grupie lub społeczności, które prowadzi do obrażeń ciała, śmierci, cierpienia psychicznego i emocjonalnego, wad rozwojowych lub niedostatku bądź wiąże się z wysokim prawdopodobieństwem wystąpienia takich skutków (moje tłumaczenie).

Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z bardziej konkretnym pojęciem o znacznie szerszym zakresie znaczeniowym niż wspomniane wcześniej potoczne rozumienie przemocy. Wymaga ono jedynie pewnego uzupełnienia: na podstawie innych społeczno-prawnych definicji przemocy należy do powyższej definicji dodać stwierdzenie, że przemoc może także przyjąć formę intencjonalnego zaniechania – na przykład poprzez odmówienie pomocy osobie należącej do grupy prześladowanej.  

Skoro mamy już pewne dość jasno wyznaczone ramy, wewnątrz których możemy się poruszać, spróbujmy wyjść poza nie, przyglądając się uważnie mijanym elementom. Jest to podstawowe zajęcie każdego filozofa – pod tym względem filozofia jest jak inżynieria, a analiza pojęcia jak rozkładanie jakiegoś urządzenia na części i składanie go z powrotem w całość. W tej definicji warto zwrócić szczególną uwagę na dwie rzeczy. Pierwszą jest odrzucenie kulturowego pojmowania przemocy i skupienie przede wszystkim na jej skutkach. Zgodnie z definicją WHO nie ma znaczenia to, że bicie żony może być przez niektórych uznawane za filar kultury, jak to pośrednio argumentowano przy okazji próby przepchnięcia ustawy nieuznającej jednorazowej przemocy jako przemocy w rodzinie.   

Drugą istotną rzeczą w powyższej definicji przemocy to w jaki sposób określono zostało źródło przemocy. Może nim być nie tylko fizyczne działanie, ale także władza, czyli zinstytucjonalizowana przewaga sił pomiędzy sprawcą przemocy a ofiarą. W literaturze socjologicznej taki rodzaj przemocy niekiedy określa się mianem „przemocy symbolicznej”. W kontekście przemocy symbolicznej trzeba jednak dodać, że chociaż jej wymiar jest bardziej abstrakcyjny niż w przypadku przemocy fizycznej, to przemoc ta nadal odnosi się do konkretnych osób lub grup osób w sposób bezpośredni. W mediach w ostatnim czasie można zaobserwować próby rozcieńczania pojęcia przemocy i kwalifikowanie nawet umieszczenia tęczowych flag na pomnikach jako jakiś rodzaj symbolicznej przemocy wobec osób, które żywią uczucia religijne lub patriotyczne.

Jest to zbyt daleko idące rozszerzenie definicji przemocy, bo obejmuje działania na ideologii, którą bez wątpienia każda religia jest, nie dotykające ludzi bezpośrednio. Bardzo łatwo sprowadzić taką definicję do absurdu – czy każde działanie postrzegane jako atak na ideologię mamy zatem traktować jako przemoc? A co w takim wypadku z krytyką polityki państwa? To nie jest jakiś wydumany argument – w otwarcie autorytarnych państwach jakakolwiek forma oporu społecznego czy krytyki jest w dyskursie publicznym traktowana jako przemoc. Jako przykład można tu podać manifestacje chińskich studentów na placu Tian’anmen w roku 1989, czy protesty meksykańskich studentów w Tlatecolo w roku 1968. Obydwa wydarzenia zostały krwawo stłumione przez wojsko, a ich uczestnicy byli w oficjalnej propagandzie przedstawiani jako sprawcy przemocy a nie ofiary.

Bardziej krytyczne spojrzenie „z zewnątrz” na definicję przemocy ukazuje również, że jest agnostyczna w stosunku do tego kto jest sprawcą przemocy. Przemocą jest atak obywatela na funkcjonariusza policji, ale tak samo przemocą jest atak funkcjonariusza policji na obywatela. Jest to o tyle istotne, że w powszechnym rozumieniu przemocy jej dorozumianym warunkiem koniecznym jest bezprawność działania. Jeżeli działanie było legalne to nie mogło być przemocą, nawet jeżeli spełniało wszystkie kryteria definicji. Taka skrajnie legalistyczna postawa ma daleko idące konsekwencje filozoficzne, bo zakłada, że obowiązujący porządek prawny jest moralny ponieważ jest legalny. To argument oparty na logice cyrkularnej – błędnym kole, w którym wnioski są jednocześnie przesłankami argumentu. Legalizm jest bez wątpienia bardzo wygodnym stanowiskiem, bo zwalnia nas z konieczności samodzielnego podejmowania często skomplikowanych decyzji moralnych. Czy to, co ktoś robi jest złe? Musi być, skoro jest to nielegalne.

Takie myślenie sprawia jednak, że stajemy się całkowicie ślepi na moralny wymiar działań struktur władzy, a, jak zauważa Alex Vitale w książce „The End of Policing”, policja pełni funkcję przede wszystkim polityczną – było tak od początków istnienia instytucji służb porządkowych. Istotną rolą policji było i wciąż jest tłumienie ruchów postrzeganych przez władzę jako sprzeczne z obowiązująca doktryną polityczną. Z tego względu anarchiści, komuniści, pacyfiści i innego rodzaju bardziej lewicowi aktywiści jawnie krytykujący politykę państwa od zawsze spotykają się z policyjną inwigilacją, prześladowaniami i zatrzymaniami.

Nie uważam, żeby był to argument za całkowitym rozwiązaniem policji jako instytucji, jak mogliby twierdzić niektórzy anarchiści. Powinno to jednak przynajmniej otworzyć nam oczy na środki, jakimi posługuje się policja. Musimy zadać sobie pytanie, czy są one proporcjonalne do zaistniałej sytuacji i czy nie są umotywowane wyłącznie politycznie. Używanie brutalnej siły wobec pokojowo protestujących i wyciąganie oskarżonych o uszkodzenie mienia aktywistów z domu w kajdankach i do tego bez butów z proporcjonalnością ma niewiele wspólnego.    

Na koniec został nam najbardziej ciernisty problem filozoficzny. Przedstawiona definicja przemocy nie przyjmuje zdecydowanego stanowiska co do wymiaru moralnego przemocy. Nie jest do końca jasne, czy przemoc wobec innej przemocy może być uzasadniona. Tutaj musimy zrobić stanowczy krok poza ustalone ramy definicyjne i posłużyć się pewną skrajną, ale dobrze obrazującą istotę problemu analogią. Faszyści twierdzą, że istnienie osób o innym kolorze skóry czy żydów jest dla nich zagrożeniem (to oczywisty absurd, ale pójdźmy z tym dalej tylko na moment) i chcą używać przemocy, żeby to zagrożenie zlikwidować. Osoby będące celem tych ataków mogą w odpowiedzi również używać przemocy.

I teraz pytanie: czy obydwie formy przemocy mają te same konsekwencje moralne? Nie, i nie ma to nawet związku z faktem, że faszyzm jest niebezpieczną ideologią. Wystarczy fakt, że faszyzm jest ideologią a osoby, które atakuje są rzeczywistymi osobami. Innymi słowy atakowani faszyści zawsze mogą zmienić swoje szkodliwe poglądy, żeby przestać być celem ataków, natomiast atakowane przez faszystów osoby takiego wyjścia nie mają. Nie mogą zmienić tego kim są. Dla klarowności chciałem też zauważyć, że niewypowiedzianą przesłanką mojego argumentu jest przyjęcie, że poszanowanie wszystkich ludzi, niezależnie od ich koloru skóry, pochodzenia, orientacji seksualnej czy płci jest dobre, ale nie jest to raczej szczególnie kontrowersyjna przesłanka.

Przenieśmy teraz tę samą logikę na obecną sytuację. Aktywiści LGBT+ wkładają tęczowe flagi na pomniki i niszczą furgonetki szerzące homofobiczny przekaz w walce o własne prawa i przeciw aktom przemocy, jakich osoby LGBT+ notorycznie doświadczają. Osoby LGBT+ nie mogą zmienić tego kim są i walczą z przekazem, który próbuje ich zmarginalizować, zdemonizować i ostatecznie wyeliminować, natomiast ideologia przyjęta przez państwo i tych, którzy bezpośrednio lub pośrednio ją wspierają może się zmienić. Nawet abstrahując od tego, czy ideologia katolicka jest szkodliwa, wyraźnie widać, co powinno w tej sytuacji ustąpić i czyje działania są bardziej moralnie usprawiedliwione.    

No dobrze, ale czy przemoc jest konieczna? Czy naprawdę nie dałoby się tego wszystkiego robić pokojowo? Po pierwsze są organizacje, które robią to pokojowo. Chociażby stowarzyszenie Miłość nie Wyklucza robi świetną robotę w procesie kulturowego normalizowania związków par LGBT+. Niestety jak widać, pomimo ich działań, problem queerfobii nadal istnieje. Kiedyś w swoim myśleniu też skłaniałem się ku pacyfizmowi, ale smutna prawda jest taka, że to szczytna, ale utopijna postawa. Szczerze chciałbym, żeby tego typu głęboko zakorzenione konflikty społeczne dało się rozwiązywać bez uciekania do jakichkolwiek form przemocy czy społecznego nieposłuszeństwa, ale to po prostu nierealne. Zastały system społeczno-polityczny będzie bronić się wszystkimi środkami jakie ma i, jak pokazuje historia, granie wedle jego reguł nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Dlatego nie bardzo rozumiem konieczność działania aktywistów LGBT+ w ramach systemu prawnego, który otwarcie ich dyskryminuje. Wracamy znów do błędnego koła legalizmu.

Ten wpis chciałbym podsumować skromnym apelem do wszystkich ludzi z poza społeczności LGBT+: wspierajmy aktywistów, przychodźmy na demonstracje, mówmy o problemie i reagujmy na ataki na osoby LGBT+, czy to ze strony państwa czy innych ludzi. Róbmy to co możemy, żeby wykorzystać swój przywilej – to że nigdy nie musieliśmy się mierzyć z niesprawiedliwościami ze względu na naszą płeć czy orientację seksualną – do pomocy innym w walce o ich równe prawa i godne traktowanie.  Sprzeciwiajmy się nienawiści.    

Edit: drobne poprawki językowe i edytorskie

PS. Terminu ‘cis’ używa się do określania osób, które identyfikują się z płcią biologiczną przypisaną im w momencie urodzenia. Osoby cisseksualne to inaczej osoby nietransseksualne.

PS2. Można zawsze wpłacić jakąś kwotę na pomoc prawną dla aktywistów z kolektywu Stop Bzdurom i ich dalsze działania.

PS3. O tym samym problemie pisało wiele innych osób, w tym osób LGBT+, które robią to znacznie lepiej niż ja. Zachęcam Was do zapoznania się z ich relacjami i przemyśleniami na temat stawiania oporu nienawiści. Chociażby tutaj, tutaj lub tutaj.

Źródełko zdjęcia: Photo by daniel james on Unsplash

KategorieBiologiaFilozofiaPopkulturaPrzemyślenia

Rasowe stereotypy w D&D

W obliczu ruchu Black Lives Matter i ostatnich protestów, Wizards of the Coast odnieśli się do pewnych problematycznych aspektów Dungeons & Dragons, a w szczególności tego jak w tej grze fabularnej przedstawiane są  niektóre rasy i grupy społeczne, wydając oficjalne oświadczenie oraz dodając sprostowania do kilku starszych przygód. Jest w tym trochę neoliberalnego cynizmu, jak zawsze w przypadku dużego korpo, ale ogólnie wygląda to na szczerą próbę przystosowania produktu do kulturowych i społecznych realiów. Nie jest to jedynie leniwe wrzucenie napisu na czarnym tle – Wizardsi zatrudnili odpowiednich konsultantów i zaczęli wprowadzać rzeczywiste zmiany do swoich produktów, zarówno nadchodzących jak i już wydanych.

Wszystko fajnie, dopóki nie zaczniemy czytać komentarzy pod tymi oświadczeniami (ja przeczytałem ich o wiele za dużo). Tam oraz w innych miejscach społeczności dedekowej wybiło takie szambo, że niejeden otyugh mógłby sobie uwić w nich gniazdko (wybaczcie mi tę nerdozę). O co tyle szumu? Podstawowym problemem, który Wizardsi chcą naprawić jest istnienie w uniwersum D&D ras z natury złych takich jak np. drowy, orki czy gobliny. Czerpią one z rzeczywistych elementów kulturowych, więc przedstawianie ich w spłaszczony sposób w stylu „oni po prostu rodzą się źli” jest problematyczne. W niektórych tekstach pojawiają się też jawnie rasistowskie elementy jak chociażby Vistani z Klątwy Strahda, którzy ewidentnie są jednym wielkim stereotypem Romów.

Niektórym fanom wprowadzanie zmian się nie podoba, bo… nie. Bo nie tak zawsze grali, bo to uderza w pewną mechanikę gry, która była obecna niemal od początków istnienia tego hobby i ogólnie foch. Jeżeli myślicie, że zniekształcam stanowisko tych ludzi to zachęcam, żebyście sami przekonali się ile takich tradycjonalistycznych sentymentów przewija się w wypowiedziach fanów.

Z bardziej poważnych obiekcji spotkałem się z zarzutem, że zmiana złych ras oznacza rezygnację z konfliktu jako punktu zaczepnego dla przygody. W mojej ocenie to argument na rzecz lenistwa, bo jedyne, co zostanie wyeliminowane to totalnie oklepane wątki fabularne, które sprowadzają się do „idźcie zabijać gobliny bo są złe”. A może zamiast tego gracze zachęceni zostaną do budowania przygód z bardziej realistycznymi i przez to ciekawszymi konfliktami? Zresztą, jak ktoś naprawdę potrzebuje przeciwników, wobec których stosowanie przemocy będzie moralnie usprawiedliwione niech zrobi z nich faszystów. Problem solved. Tak na marginesie przytoczony powyżej argument jest też trochę nieuczciwy, bo, jak sami komentatorzy w innych miejscach zauważali, pomimo oficjalnego stanowiska wydawcy grać w dedeki można tak jak się chce. Chcecie w swoich przygodach więcej utartych motywów z klasycznego fantasy? Nic nie stoi Wam na przeszkodzie.

Niektórzy komentatorzy nie mogli też powstrzymać się przed śmieszkowaniem z tego, że orkowie to przecież żadne odpowiedniki osób czarnoskórych (tak jakby jakikolwiek tekst kultury mógł funkcjonować w absolutnej próżni), więc warto przytoczyć też inny argument: przedstawianie ras w określony sposób zabarwia nasze myślenie o pojęciu rasy. I tutaj dochodzimy do drugiego, o wiele bardziej złożonego problemu, z którym Wizardsi się zmagają. Czy dzielenie postaci na rasy ma jeszcze sens? Czym w ogóle jest rasa? Nie obejdzie się tutaj bez zagłębienia w naukę i filozofię.

Na początek trzeba odróżnić kwestie społeczno-kulturowe od stricte biologicznych. Zacznijmy od tego, czy rasa ma podłoże biologiczne. Wbrew pozorom to dość skomplikowane. Faktem jest, że istnieją pewne genetycznie uwarunkowane wiązki cech biologicznych, które nie są całkowicie pozbawione znaczenia, bo są używane np. jako kryteria diagnostyczne w medycynie. Rasa w takim ujęciu jest swego rodzaju spektrum, gradientem płynnie przechodzącym z jednej kategorii w drugą.

Niemniej to, co opowiadają „realiści rasowi” (lub bez eufemizmu/dog whistle: zwykli rasiści) o biologicznym podłożu rasy jest uproszczeniem tak dużym, że praktycznie kwalifikuje się jako kłamstwo. Ci ludzie przyporządkowują wszystkie aspekty rasy pod biologię i dodatkowo stawiają ścisłe, lecz całkowicie arbitralne granice pomiędzy poszczególnymi rasami. Jest to koniecznym punktem wyjścia dla ich ideologii – bez takiego biologizmu totalnego nie sposób „logicznie” wytłumaczyć rasistowskie twierdzenia o podrzędności wszystkich ras wobec rasy białej.

Pojęcie rasy, którym szafuje się w dyskursie publicznym, ma w gruncie rzeczy niewiele wspólnego z biologią i odnosi się przede wszystkim do kwestii społeczno-kulturowych. Przynależność rasowa nie jest determinowana na podstawie genetyki, tylko kryteriów nieobiektywnych. Przykładowo, ze względów historycznych, w dyskursie wokół białej rasy nadal dominuje tzw. zasada jednej kropli krwi (patrz PS): wystarczy choćby „jedna kropla krwi” innej rasy, żeby przestać być białym. Zgodnie z tą zasadą dziecko pary mieszanej jest określane jako osoba czarnoskóra, niezależnie od pochodzenia. Absurdalność tej sytuacji wychodzi na jaw nawet w kontraście z przytoczoną wyżej biologiczną definicja rasy.

Rasa jest zatem pewnym konstruktem społecznym, pod wieloma względami podobnym do płci (gender). Nota bene myślenie o obydwu tych kategoriach (rasa i płeć) jest przesiąknięte esencjalizmem, o którym pisałem niedawno. O przynależności danej osoby do konkretnej rasy decyduje posiadanie niewidocznej „esencji”. Skąd wiemy, że dana osoba ją posiada? Po prostu wiemy. To jedna z tych rzeczy, którą Žižek nazywa „nieznanymi znanymi” (unknown knowns). Nie wiemy, że to wiemy.

Podobnie ma się rzecz z rasami w dedekach. Mimo nacisku na różnice biologiczne rasy nie są gatunkami. Między gatunkami nie dochodzi generalnie do płodzenia potomstwa, a jeżeli hybrydy już powstają to są najczęściej bezpłodne (np. lygrys, hybryda tygrysa i lwa). A w dedekach mamy pół-elfy czy pół-orki. Pojawiają się też tu i ówdzie wzmianki o postaciach z krwią gigantów albo krasnoludów, pomimo braku ich mechanicznego przyporządkowania. Przejścia między konkretnymi rasami są zatem bardziej płynne niż wynika to z samej mechaniki.

Kurczowe trzymanie się ścisłego rozgraniczenia ras nie ma nawet większego sensu z punktu widzenia rozgrywki. Jedną z najmocniejszych stron papierowych gier RPG jest wolność wyboru jaką dają – stwórz postać taką jaką chcesz i graj tak jak chcesz. Czemu zatem mielibyśmy odrzucać możliwość tworzenia bardziej złożonych, zindywidualizowanych postaci w oparciu o ich pochodzenie i kulturę? W sumie to nie musicie nawet czekać na oficjalny podręcznik Wizardsów. Na DriveThru RPG można dostać autorski dodatek, zmieniający system ras i umożliwiający tworzenie postaci o mieszanym pochodzeniu.

Dlatego właśnie, kiedy niektórzy myśliciele i socjologowie zwracają uwagę na konieczność zastąpienia rasy pojęciem bardziej zniuansowanym, mniej podatnym na ideologiczną manipulację i  lepiej odpowiadającym rzeczywistości, trzeba mieć na względzie, że odnoszą się właśnie do rasy jako konstruktu społecznego. Zmiana jest możliwa właśnie dlatego, że rasa jest konstruktem społecznym, więc to co Wizardsi zapoczątkowali swoimi oświadczeniami ma sens. Mam nadzieję, że będą to kontynuować poprzez dalszą politykę wydawniczą, a nowa edycja dedeków będzie już na starcie będzie miała lepsze podejście do problemu rasy.

Na koniec chciałbym też bezpośrednio odnieść się do jednego fragmentu oświadczenia WotC:

Ekipa D&D dąży do stworzenia przestrzeni otwartej na innych, przyjaznej i inkluzywnej. Osoby które tych wartości nie podzielają nie są mile widziane w naszej społeczności (moje tłumaczenie).

Spotkał się on z reakcją „hurr durr, niby promują tolerancję, a sami tolerancyjni nie są”. Filozof Karl Popper nazwał  ten problem „paradoksem tolerancji”. Utrzymanie tolerancji wymaga nietolerowania nietolerancji. Innymi słowy, nie możemy tolerować zachowań homofobicznych, transfobicznych, seksistowskich czy rasistowskich, bo samo ich istnienie jest zagrożeniem dla tolerancji.

PS. Zasada jednej kropli krwi ma głębokie korzenie, ale bezpośrednio sformułowana została w ustawodawstwie USA i obowiązywała do roku 1979. 

Źródełko zdjęcia: Photo by Clint Bustrillos on Unsplash

KategorieFilozofiaPrzemyślenia

Esencjalizm

Zamieszkalibyście w domu, w którym poprzedni właściciel został zamordowany? A czy zapłacilibyście za wierną kopię obrazu tyle samo co za oryginał? Intuicyjnie większość ludzi odpowiada na te pytania przecząco. Co ciekawe nawet jeśli założymy, że mieszkanie zostało tak gruntownie wyszorowane od piwnicy pod dach, że nie ma na nich żadnych śladów brutalnego zajścia a kupowany obraz skopiowano tak dokładnie, że nikt, nawet eksperci, nie są w stanie odróżnić go od oryginału, nie przekonamy zbytu wielu do zmiany zdania. Zupełnie jakby w przedmiotach kryła się jakaś niewidoczna dla oka esencja, determinująca ich tożsamość.

Filozofia i psychologia potwierdzają, że w rzeczy samej tak jest – a przynajmniej podświadomie uważamy, że tak jest. Esencjalizm filozoficzny (metafizyczny) zakłada, że obserwowalna rzeczywistość jest jedynie odbiciem niematerialnego świata idei. Taki pogląd odnaleźć można m.in. w idealizmie Platona i jego słynnej alegorii jaskini. Platon twierdzi, że materialne byty są dla nas niczym cienie rzucane na ścianę jaskini przez byty – idee – prawdziwie istniejące. A do nich dostęp ma jedynie rozum. Konsekwencją takiego postrzegania bytów jest, między innymi, założenie, że istnieją cechy determinujące przynależność danej rzeczy do określonej kategorii tzw. cechy istotowe lub inaczej esencje (w odróżnieniu od cech przypadkowych, akcydensów).

Chociaż esencjalizm metafizyczny nie jest już szczególnie popularny wśród filozofów (odrzuca go zarówno materializm jak i egzystencjalizm, patrz PS) to pewne jego pozostałości są nadal obecne m.in. w teorii prawa cywilnego. I tak mamy np. cechy przedmiotowo istotne (essentialia negotii) i cechy dodatkowe (accidentalia negotii) czynności prawnych. Te pierwsze mają decydujące znaczenie przy określaniu kwalifikacji czynności prawnych, czyli określenia czy w danej sytuacji  mamy do czynienia np. ze sprzedażą czy darowizną. W przypadku umowy sprzedaży do jej essentialia negotii zwykle zalicza się zobowiązanie do zapłaty ceny i przeniesienie własności rzeczy. Cechy przedmiotowo istotne stanowią zatem swego rodzaju esencję czynności prawnych.   

W przeciwieństwie do esencjalizmu filozoficznego, esencjalizm psychologiczny nie akceptuje przesłanki o podwójnej naturze (dualizmie) rzeczywistości. Zauważa jednak, że ludzie mają tendencję do myślenia o wielu rzeczach tak jakby posiadały jakąś esencję. W większości przypadków, co prawda, istota esencji danego obiektu nie jest świadomie dostępna. Z naszym rozumieniem esencji jest trochę tak jak ze słynną definicją pornografii sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych Pottera Stewarta: „Wiem, co to jest, kiedy to widzę”.

Przejawy myślenia esencjonalnego można zaobserwować już we wczesnym wieku dziecięcym (5-8 lat), co zdaje się wykluczać hipotezę, że u podłoża esencjalizmu leży wiedza naukowa (np. o takich niewidocznych dla oka czynnikach podobieństwa jak DNA, związki chemiczne czy pierwiastki). Badania psychologiczne wskazują na to, że dla dzieci przynależność do danej kategorii jest bardziej istotna niż zewnętrzne podobieństwo. Innymi słowy, przedmioty z tej samej kategorii muszą mieć coś wspólnego ze sobą, nawet jak zewnętrznie się różnią. Dzieci skłonne są też przypisywać przedmiotom wewnętrzny potencjał (np. kangurzątko wychowane przez kozy wyrośnie na kangura) i stabilną  tożsamość (np. jedno zwierzę nie może zmienić się w inne).   

Esencjalizm ma pewne oczywiste zalety – pozwala na skuteczne generalizowanie i utrzymywanie stabilnej, wewnętrznej wizji rzeczywistości (stabilnego Umwelt, jakby to ujął filozof Daniel Dennett). Niekiedy jednak esencjalizm może przybierać negatywną postać, podtrzymując szkodliwe stereotypy na temat pewnych pojęć, osób, grup społecznych lub nawet całych regionów, o czym świetnie pisał w jednym ze swoich niedawnych postów niskie teorie. 

PS. Filozofia fizykalna/materialna/naturalistyczna odrzuca esencjalizm metafizyczny, ponieważ nie jest szczególnie przydatny do opisu rzeczywistości. Szczególnie problematyczna jest tu biologia, która ze względu na ewolucyjną zmienność gatunkową i skupienie na populacjach (zamiast jednostek), nie bardzo daje się ująć w esencjalistyczne ramy. W kognitywistyce esencjalizm łączy się z dualizmem, który większość neurobiologów, psychologów poznawczych i filozofów umysłu stanowczo odrzuca (patrz PS2). W filozofii egzystencjalnej natomiast esencjalizm jest problematyczny, ponieważ kategoriom społecznym (np. rasa, płeć) żadne esencje ex definitione odpowiadać nie mogą. Kategorie te są społeczno-kulturowymi konstruktami. Dlaczego myślenie o rzeczach w kategoriach ich esencji nie jest specjalnie użyteczne dobrze obrazuje też przykład XX-wiecznego filozofa Ludwiga Wittgensteina: jaka jest esencja kategorii „gra”? Co wspólnego mają ze sobą np. pasjans, Dungeons & Dragons, szachy, Doom i gra w klasy? Wittgenstein twierdzi, że nie ma jednego zespołu nietrywialnych cech, który można by przypisać wszystkim członkom kategorii „gra”. Można jedynie prześledzić pewne linie podobieństwa pomiędzy poszczególnymi instancjami „gier” ( tzw. family resemblance). Przykłady oczywiście pozwoliłem sobie trochę zmodernizować (Wittgenstein nie był aż takim wizjonerem).

PS2. Inna konsekwencją esencjalizmu jest dualizm substancjalny – pogląd zakładający, że umysł i ciało stworzone są różnych typów substancji. O dualizmie umysł-ciało na pewno napiszę kiedyś coś więcej, bo jego krytyce poświęciłem trochę miejsca w swojej pracy doktorskiej. 

PS3. Więcej o esencjalizmie psychologicznym przeczytać można w książce Susan Gelman „Essential Child” oraz w artykule tej samej badaczki.

Źródełko zdjęcia: Photo by Wouter Supardi Salari on Unsplash

KategorieBiologiaFilozofiaNeuronaukaPrzemyślenia

Białko z owadów a dieta wegetariańska

Jaki jest stosunek wegetarian do owadów jako źródle białka? Jestem ciekaw, czy np. mąka ze świerszczy byłaby akceptowalnym dodatkiem do diety i dlaczego tak/nie. Pytam o owady, ponieważ wykorzystywanie owadów jako podstawowego lub suplementarnego źródła białka ma dwie podstawowe zalety: hodowla owadów ma mniejszy wpływ na środowisko (wymagają mniej terenu pod hodowlę i powodują mniejsze emisje gazów cieplarnianych oraz mniejsze zanieczyszczenie wody); owady mają wyższą efektywność wykorzystania paszy niż inne zwierzęta hodowlane tj. produkują więcej przyswajalnych kalorii z tej samej ilości paszy.  

Hodowla owadów na pokarm wydaje się też mniej kontrowersyjna pod względem moralnym. Chociaż owady należą do królestwa zwierząt, ich układy nerwowe są zdecydowanie mniej skomplikowane niż innych zwierząt hodowlanych. Są tak proste, że trudno mówić o fenomenologii owadów – trudno przypisywać im jakiekolwiek stany umysłowe czy emocjonalne. Jak to jest być owadem? Najpewniej nijak. Być owadem to trochę jak nie być wcale, przynajmniej w naszym rozumieniu „bycia”. Mimo, że pewnie nigdy nie dowiemy co owady rzeczywiście „czują”, obecny stan wiedzy naukowej sugeruje, że są to po prostu skomplikowane biologiczne roboty, zaprogramowane przez ewolucję do instynktownego wykonywania pewnych, często całkiem imponujących, zadań.

Na zobrazowanie tego faktu w filozofii umysłu często przywołuje się anegdotę związaną z zachowaniem błonkówek z rodzaju Sphex (z rodziny Grzebaczowatych) – najpewniej z gatunku Sphex funerarius. Owad ten, po polsku nazywany nękiem świerszczojadem (uwielbiam polskie nazwy gatunkowe owadów), ma interesujący sposób zapewniania przetrwania swojemu potomstwu. Samice nęka świerszczojada polują, jak sama nazwa wskazuje, na świerszcze. Nie zabijają ich jednak, a jedynie paraliżują je swoim żądłem. Takiego bezbronnego świerszcza zabierają potem do swojej norki, obok składają jaja i odlatują. Dzięki temu rozwijające się larwy mają stałe źródło pokarmu w postaci sparaliżowanego świerszcza. Upiorne, ale ewolucyjnie skuteczne.

Wydawałoby się, że działanie tego owada wykazuje pewną intencjonalność – pewne świadome, przemyślane działanie. Ingerencja w rutynę nęka świerszczojada pokazuje jednak, że tak nie jest. Samica przed wciągnięciem świerszcza do norki zostawia go u wejścia i sama wchodzi do środka, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Jeżeli w tym czasie przesunie się świerszcza o kilka centymetrów, samica bezwiednie powtórzy całą rutynę: przywlecze świerszcza do wejścia i znów wejdzie do środka, żeby upewnić się czy wszystko w porządku. Wedle niektórych podań takie zachowanie może powtarzać się niemal bez końca. Ta anegdota dość dobitnie pokazuje zautomatyzowane działanie owadów, chociaż nie jest pozbawiona kontrowersji (więcej w PS4).

Wątpliwe jest też, że owady odczuwają ból, mimo iż ich zachowanie mogłoby wskazywać na coś innego. Zachowanie nie jest jednak dobrym wyznacznikiem odczuwania bólu, bo nawet organizmy jednokomórkowe czy proste roboty potrafią unikać szkodliwych bodźców. Do tego my, jako przedstawiciele wysoce społecznego gatunku, mamy w zwyczaju przypisywanie intencjonalności i własnych stanów emocjonalnych niemal wszystkiemu, co z można nazwać samodzielnym agentem (a czasem nawet agentem pozornym jak przy tzw. „złośliwości rzeczy martwych”). Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie rozmawiał ze swoim pupilem (psem, kotem, papugą czy innym zwierzęciem domowym), tak jakby wszystko był w stanie zrozumieć. 

PS. Full disclosure: sam nie jestem wegetarianinem, ale staram się, żeby jak najwięcej posiłków, zwłaszcza tych przyrządzanych w domu, było bez mięsa. Głównie z powodów moralnych, raczej niż zdrowotnych czy ekologicznych.

PS2. O zaletach owadów jako źródła białka można przeczytać w książce „Edible Insects: Future prospects for food and feed security”. Jest dostępna za darmo na stronie Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa.

PS3. Żeby zobrazować to jak prosta jest architektura neuronalna owadów: muszka owocowa ma ok. 100 tysięcy neuronów. Ludzki mózg ma ich około 86 miliardów.

PS4. Filozof Fred Keijzer podkreśla, że anegdota o zachowaniu nęka świerszczojada, nie przedstawia całej historii i nie jest podparta współczesnymi badaniami z entomologii. Po raz pierwszy o takim zachowaniu Sphex funerarius wspomina francuski przyrodnik Jean-Henri Fabre (nazywa ten gatunek Sphex flavipennis), ale już w jego opisie pojawia się wzmianka, że tego typu zachowanie udało mu się zaobserwować jedynie w niektórych koloniach owadów. Dalsze eksperymenty przeprowadzone przez innych badaczy pokazały, że nęk świerszczojad jest w stanie modyfikować swoje zachowanie (po paru próbach samica po prostu wciągała świerszcza do norki bez powtarzania całej rutyny) i że w jego zachowanie wykazuje znacznie więcej zróżnicowania zależnie od okoliczności. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule Keijzera tutaj. Czy podważa to całkowicie założenie, ze owady są swego rodzaju biologicznymi robotami? W mojej ocenie nie. Algorytmy bardziej elastyczne to nadal algorytmy. Ale na pewno warto mieć współczesne badania na temat zachowania owadów na uwadze, żeby mieć bardziej pełny (i rzetelnie przedstawiony) obraz problemu.

Źródełko zdjęcia: Photo by Sue Thomas on Unsplash

KategorieFilozofiaFizykaPopkulturaPrzemyślenia

O trzecim sezonie serialu DARK i podróżach w czasie

A niech mnie, twórcy Dark całkiem sprytnie to sobie wymyślili. Zakończenie trzeciego sezonu okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, całkiem satysfakcjonujące. Niemniej nie jestem przekonany, że wysiłek umysłowy potrzebny do ogarnięcia fabuły i jej aktywnego śledzenia był tego zakończenia wart.

Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam trudne filozoficzne rozważania w literaturze sci-fi. Trudność w zrozumieniu Dark nie wynika jednak ze skomplikowania przedstawianych konceptów, ale z liczby elementów, którymi trzeba stale żonglować w pamięci. Dark nie jest trudne w odbiorze tak jak np. niektóre książki Lema (Golem XIV chociażby). Dark jest trudne tak jak gra pamięciowa (memory), w której zamiast par próbujemy dopasować kilka różnych typów elementów i to jeszcze w przestrzeni trójwymiarowej. Zdecydowanie wymaga to koncentracji i potrafi być męczące, ale niekoniecznie jest to jakoś szczególnie intelektualnie stymulująca rozrywka.

Twórcy serialu robili co mogli, żeby ten wysiłek zminimalizować (większość aktorów jest naprawdę świetnie dobrana), czasem nawet aż za bardzo. Bo trochę szkoda, że wszystkie najważniejsze założenia serialu zostały łopatologicznie wyłożone w trzecim sezonie – widzowie nie dostali szansy na samodzielne złożenie wszystkich elementów tej układanki w całość.

Poniżej kilka moich przemyśleń o zakończeniu, więc spodziewajcie się dużych spojlerów.

.

.

.

.

.

Here be spoilers.

.

.

.

.

Wprowadzenie trzeciej, oryginalnej linii czasowej pozwoliło rozwiązać większość paradoksów związanych z podróżą w czasie. Ponieważ zmiana oryginalnej linii czasowej wywołana była działaniem Jonasa i Marthy, których przyszłe wersje zostały usunięte w wyniku tej zmiany, nie powstała kolejna pętla czasowa. Wraz z rozsupłaniem splątanych pętli czasowych zniknęły też wszystkie paradoksy kauzalne, czyli sytuacje, w których nie można jasno wyznaczyć początkowej przyczyny jakiegoś zajścia (np. to, że Elisabeth Doppler była matką swojej matki).

Nie obyło się, co prawda, bez naciągania pojęcia splątania kwantowego oraz trochę problematycznego przywołania zasady samospójności Nowikowa. Z jednej strony wszystko, co działo się w zapętlonych liniach czasowych musiało się wydarzyć, stale powtarzając cykl (Jonas nie mógł zabić się przedwcześnie). Z drugiej jednak wewnętrzna ingerencja i przerwanie cyklu była możliwa. Chociaż i tutaj nie mogę zarzucić twórcom, że tego nie przewidzieli. W ostatniej rozmowie Adama i Claudii dostajemy wytłumaczenie, że przełamanie determinizmu było możliwe, ponieważ w momencie apokalipsy, kiedy obydwie pętle czasowe schodziły się i przenikały, czas stał przez chwilę w miejscu. Miało to umożliwić zmianę jego biegu z wewnątrz pętli i wyjście poza cykl.

Nie do końca rozumiem jednak, czemu po zmianie biegu oryginalnej linii czasowej Jonas i Martha zostali wymazani z rzeczywistości. O ile jest to zrozumiałe w przypadku postaci będących wewnątrz pętli, o tyle poza pętlą można się zastanawiać, jakie „upiorne oddziaływanie na odległość” było tego przyczyną (i to sięgające nie tylko przez przestrzeń, ale i czas). Można na to wzruszyć ramionami i winić to nieszczęsne splątanie kwantowe. Albo może po prostu w tym wypadku górę wzięły zasady prowadzenia dobrej narracji, bo trzeba przyznać, że pod tym względem poświęcenie Jonasa i Marthy stanowi dobre, emocjonalnie poruszające zakończenie. Więc czemu nie.