KategorieNeuronaukaPrzemyśleniaSceptycyzm naukowy

Niedźwiadek na Marsie

Na Marsie mieliśmy już twarz i tajemnicze drzwi, a teraz doczekaliśmy się… niedźwiadka. Oczywiście to nie dowody na żaden „spiseg” NASA, tylko skutek zjawiska nazywanego pareidolią – tendencji do dopatrywania się w sensorycznym szumie znaczących kształtów, w szczególności twarzy. Dlaczego akurat twarze? Ludzki mózg wyposażony jest w specjalny „moduł” do rozpoznawania twarzy zwany zakrętem wrzecionowatym, który znajduje się w płacie skroniowym. Uszkodzenie tego obszaru, w wyniku mechanicznego urazu lub udaru, powoduje prozopagnozję, czyli niezdolność do rozpoznawania twarzy. Osoby cierpiące na tę przypadłość nie potrafią rozpoznać nawet swoich bliskich dopóki ci, na przykład, nie przemówią. Fakt, że zostaliśmy ewolucyjnie wyposażeni w tak potężne neuronarzędzie może świadczyć o tym, jak doniosłą rolę dla naszego gatunku pełniły, i nadal pełnią, relacje społeczne.

To drzewo niejedno widziało. Źródełko zdjęcia: Peter Laing na Unsplash.

A jak chcecie na własne oczy zobaczyć, jak silna jest owa pokusa, by wszędzie dopatrywać się twarzy, spróbujcie na następnym spacerze przyjrzeć się chmurom, żwirowi, liściom łopoczącym na wietrze, zawijasom w korze czy jakimkolwiek innym skomplikowanym losowym wzorom. Gwarantuję, że w końcu ujrzycie upragnioną twarz. Czasem może to być także coś niesłychanie prostego. Wystarczy bowiem najsubtelniejsza, najbardziej abstrakcyjna sugestia, że mamy do czynienia z czymś twarzokształtnym, żeby uaktywnić nasz zakręt wrzecionowaty. Nawet fasada budynku: okna stają się oczami, a drzwi ustami lub nosem. Co ciekawe, z takiej architektonicznej „twarzy” możemy nawet odczytać emocje! Wracając z pracy widzę pewien dom, który — przez częściowo opuszczone rolety — wywołuje u mnie nieodparte wrażenie, że oto stoi przede mną jakiś przysypiający, ceglasty gigant.

Niewiele potrzeba naszemu mózgowi, żeby ujrzeć twarz w informacyjnym szumie czy przypadkowym wzorze. Źródełko zdjęcia: Levi Meir Clancy na Unsplash.
KategorieFilozofiaPrzemyśleniaSocjologia

Szersze spojrzenie na akcje charytatywne

MrBeast, najbardziej popularny YouTuber na świecie, nakręcił wideo o tym, jak z własnej kieszeni pokrył koszty operacji zaćmy dla okrągłego tysiąca Amerykanów. Ten ośmiominutowy filmik to głównie migawki sprzed i po zabiegu wybranych osób – reakcje niektórych po odzyskaniu wzroku są naprawdę wzruszające. Wydawałoby się, że za ten dobry uczynek, to cudowne uzdrowienie niewidomych, komentatorzy będą piać peany na jego cześć. Tymczasem MrBeast spotkał się z niespodziewanie surową krytyką. Owszem, robienie z filantropii medialnego spektaklu może budzić lekki niesmak, ale przecież nie sposób spierać się z tym, że samo jego działanie było jednoznacznie dobre. Prawda?

Nie do końca. Z perspektywy jednostkowej, niezwykle przydatnej dla utrzymywania obecnego status quo, takie akcje charytatywne rzeczywiście należy ocenić pozytywnie. Życie każdego, komu pomógł MrBeast, niewątpliwie zmieniło się na lepsze. Całą sytuację powinniśmy jednak rozpatrzyć w odpowiednim kontekście. Dlaczego w ogóle konieczna była interwencja milionera? Otóż w Stanach osoby nieubezpieczone muszą zapłacić za operację zaćmy od 3 do 7 tysięcy dolarów na każde oko, więc wielu ludzi w trudnej sytuacji finansowej zwyczajnie nie może sobie na nią pozwolić. W Polsce zabieg ten jest refundowany przez NFZ – na przyjęcie do kliniki pewnie trzeba naczekać się w kolejce, ale lepsze to niż wypatrywanie gwiazdki z nieba w postaci bogatego sponsora.

To „jednoznacznie dobre działanie” odbywa się zatem w ramach jednoznacznie złego systemu. Bo jak inaczej ocenić społeczeństwo, które skazuje swoich członków, często tych najbardziej bezbronnych, na łatwo uleczalną ślepotę? Zauważmy, że motywacje nie mają w tym wypadku większego znaczenia. Być może MrBeast rzeczywiście kierował się, przynajmniej we własnym mniemaniu, szlachetnymi pobudkami. Posłużę się tu jaskrawą analogią: wyobraźmy sobie Amerykę sprzed wojny secesyjnej i zamożnego białego plantatora, który – kierując się dobrocią serca – uwalnia wszystkich swoich czarnych niewolników i niewolnice. Opiewanie jego dobroci nijak nie przybliżałoby amerykańskiego społeczeństwa do zniesienia niewolnictwa. „Potrzeba nam więcej dobrych panów, a nie zniesienia niewolnictwa!” – mógłby odezwać się jakiś przebiegły polityk z południa. Inni biali, urzeczeni tym, ileż to dobra wciąż jest na świecie, tylko głębiej pogrążaliby się w swojej politycznej apatii. Po co działać, skoro najwyraźniej jesteśmy w dobrych rękach? Wciąż możemy liczyć na życzliwość bliźnich!

W tym właśnie tkwi sedno sprawy: wynoszenie bogatych dobroczyńców na piedestał odwraca uwagę od rzeczywistych problemów. Cała dyskusja, zamiast toczyć się wokół przyczyn, czyli kapitalistycznego systemu żerującego na ludzkiej niedoli, oraz potencjalnych rozwiązań – w Stanach można by zacząć od wprowadzenia publicznego systemu opieki zdrowotnej – schodzi na sentymentalne tory, a wszelkie głosy krytyki są uciszane jako „malkontenckie”. Bo skoro ktoś krytykuje taki jednoznacznie dobry czyn, to najpewniej robi to z zawiści. Co gorsza, przekierowanie takiej dyskusji staje się praktycznie niemożliwe, bo nieustannie wykolejają ją Wielcy Moralizatorzy – ludzie, dla których świat jest manichejską areną, gdzie ścierają się siły Dobra i Zła, a źródłem każdego problemu jest właśnie owo bliżej nieokreślone „zło” bądź „egoizm”, nie zaś system punktujący chciwość. Słowem: potrzeba nam więcej dobrych panów, a nie sprawiedliwego systemu społecznego.

Bardzo podobny problem mam, i tu pewnie spadną na mnie gromy, z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. O ile zupełnym obłędem wydaje mi się bezwzględne krytykowanie WOŚP – zakupione przez nich sprzęty niewątpliwie ratują życie – o tyle trudno nie dostrzec, jak kształtuje ona optykę debaty wokół polskiej służby zdrowia. „Gdyby nie WOŚP, Polskie szpitale dawno by padły” – można czasem usłyszeć. Tymczasem, jeśli wierzyć wyliczeniom OKO.press, sumy zebrane przez WOŚP oscylują w granicach dwóch promili rocznego budżetu NFZ1. Nie da się zatem załatać dziur budżetowych NFZ ani finansować szpitali z działań charytatywnych. W przypadku WOŚP dochodzi jeszcze problematyczna postać Owsiaka, który w wywiadach opowiadał się za prywatyzacją służby zdrowia. Owsiak, świadomie czy nie, dąży nie do poprawy opieki zdrowotnej w Polsce – zreformowanej, dobrze dofinasowanej publicznej służby zdrowia – tylko do skrócenia kolejek dla bogatych i niekończącego się festiwalu charytatywności dla ubogich. Dokładnie tak samo jak w Stanach.

1. Przy okazji odniosę się od razu do cokolwiek kuriozalnego kontrargumentu, jakoby takie porównanie nie miało sensu, bo „pieniądze z budżetu NFZ idą nie tylko na sprzęt”, a szpitalne inwestycje finansowane są także ze środków samorządowych i unijnych. Okej, i co z tego? Co niby stoi na przeszkodzie, żeby podnieść składki zdrowotne (lub zdobyć środki w inny sposób np. poprzez podatek progresywny) i więcej pieniędzy przekierować konkretnie na zakup sprzętu?  

Źródełko zdjęcia: Diana Polekhina on Unsplash

KategorieNeuronaukaPrzemyśleniaPsychologia

O zaskakujących zaletach nicnierobienia

Jeśli zmagacie się z jakimś szczególnie zawiłym problemem, zwłaszcza wymagającym nieco bardziej pomysłowego podejścia, mam dla Was prostą technikę, którą z powodzeniem stosuję w pracy tłumaczeniowej. Zamiast próbować przebić głową mur po prostu odłóżcie problem na później, a w międzyczasie zróbcie sobie krótką przerwę. Samo to nie byłoby jeszcze szczególnie odkrywcze, ale teraz przychodzi rzecz najważniejsza: poświęćcie ten czas na nicnierobienie. I nie chodzi mi tu o przeglądanie TikToka czy Instagrama, tylko autentyczną mentalną bezczynność, pozwalającą na swobodny dryf myśli. Niektórzy chwalą sobie medytację – mnie ona nie przekonuje, bo nie potrafię usiedzieć w miejscu – ale równie dobrze możecie wyjść na spacer czy zająć się czymkolwiek, co zbytnio nie angażuje umysłu: sprzątaniem, gotowaniem, słuchaniem muzyki, robieniem na drutach i tak dalej. Innymi słowy, wszystkim tym, co można wykonywać w „trybie autopilota”.

Może wydawać się to zwykłym marnowaniem cennego czasu, ale wiele procesów poznawczych zachodzi poniżej progu świadomości i mózg, uwolniony z uprzęży natrętnych myśli, potrafi rozpracować problem, z którym wcześniej nie mogliśmy sobie poradzić. Mamy wtedy owo osobliwe wrażenie, że coś nagle „wpadło nam do głowy”. Tymczasem to nasz mózg cierpliwie pracował nad dręczącym nas problemem, niejako bez naszego udziału. To oczywiście ogromne uproszczenie, bo w końcu to mózg jest jednym siedliskiem poznania; nie ma niczego poza nim. Podobne podłoże ma dobrze wszystkim znane zjawisko „końca języka” (tak, to naprawdę fachowa nazwa), czyli sytuacji, kiedy jakieś znane, acz zapomniane słowo zdaje się być tuż poza zasięgiem naszej świadomości.

Einstein dokonał przełomu w opracowywaniu szczególnej teorii względności, kiedy pracował jako urzędnik patentowy i miał sporo czasu na pogrążanie się w swobodnych rozmyślaniach. Nietzsche przekonywał, że wszystkie jego najlepsze idee zrodziły się w ruchu. A mnie dzisiaj, że tak pozwolę sobie umieścić się w tym zacnym gronie, udało się znaleźć właściwe słowo do przekładu, nad którym obecnie pracuję, w trakcie… odkurzania mieszkania. Choć żyjemy w czasach kultu produktywności i ciągłego przebodźcowania, czasem najlepsze, co możecie zrobić dla własnego mózgu, to po prostu dać mu chwilę wytchnienia i pozwolić myślom swobodnie dryfować.

Źródełko zdjęcia: Ricardo Alfaro on Unsplash

KategoriePopkulturaPrzemyślenia

Tunic i radość z odkrywania

W przerwach od pracy ogrywam sobie Tunic i pomimo pewnych mankamentów – na przykład nieco zbyt prostej mechanika walki – jestem pod wrażeniem, jak wiernie gra ta potrafi wzbudzić w nas uczucie, jakbyśmy cofnęli się do lat dzieciństwa i znów siedzieli przyklejeni do telewizora, przechodząc trzecią Zeldę. I nie mam tutaj na myśli palców obolałych od nerwowego wciskania plastikowych przycisków na padzie do SNES-a ani przekrwionych oczu od kineskopowego monitora. Chodzi o radość z odkrywania. Wówczas wynikała ona z braku doświadczenia – dla dziecka zaskoczeniem jest każda lokacja, każdy wróg, każde rozwiązanie dizajnu; obecnie, kiedy człowiek widział już wszystko i stał się cynicznym zgredem, zdecydowanie trudniej jest go czymś zaskoczyć. Tunic jednak się to udaje, i to bez wywoływania przesadnej frustracji, jaka nierzadko towarzyszy odkrywaniu nowych rzeczy.

A oto nasz protagonista: słodki, bezimienny lisek.

Cała gra opiera się na dość prostej, ale pomysłowo zaimplementowanej filozofii: nie prowadzić graczy i graczek za rękę ani niczego nie objaśniać. Samo to brzmi co prawda jak przepis na niezwykle żmudną grę, w której godzinami błądzi się bez celu. I pewnie by tak było, gdyby nie instrukcja. Ale jak to? Przecież miało nie być żadnego objaśniania! Otóż na samym początku gry dostajemy jedynie pierwszą jej stronę, a kolejny musimy odnaleźć, przemierzając tajemniczą krainę.

Co więcej, większość tekstów, w tym także dialogów, zapisana jest niezrozumiałym pismem runicznym, poprzetykanym sporadycznymi słowami w języku polskim (bądź angielskim, zależnie od wersji gry; swoją drogą ciekawe, czy osoba tłumacząca miała dostęp do pełnego tekstu). Czasem musimy zatem trochę pogłówkować – co ułatwiają pojawiające się na niektórych stronach odręczne zapiski – albo poeksperymentować. Dokąd powinienem udać się teraz? Do czego służy ten przedmiot? Jak pokonać tego bossa? Wspaniałe jest to, że pewne rzeczy ukryte są dosłownie na widoku, więc kiedy naprowadzi nas na nie świeżo zdobyta strona instrukcji, radosny okrzyk „Aha!” aż sam ciśnie się na usta.

Przykładowa strona z instrukcji Tunic.

Decyzja, by posługiwać się wymyślonym językiem przemawia do mnie także z innego powodu. Wychowywałem się w czasach, gdy niewiele gier było lokalizowanych, więc mimo braku znajomości angielskiego trzeba było jakoś sobie radzić. Tunic przypomniało mi o tym, zachęcając mnie do przeglądania stron instrukcji pokrytych równymi szeregami run i kilkoma tylko zrozumiałymi słowami i odszyfrowywania sensu całej wypowiedzi. Nie sądzę, by było to zamierzone – twórca gry pochodzi z Kanady, więc doświadczenia milenialsów z Polski są mu raczej obce.

Jeśli czujecie, że czegoś takiego właśnie Wam brakowało w życiu, albo po prostu macie ochotę na klasyczną Zeldę z elementami Dark Soulsów i ciekawymi bossami to koniecznie sprawdźcie sobie Tunic.

KategoriePopkulturaPrzemyślenia

Krytyka (pop)kultury a kompetencje kulturowe

Kiedy tak przeglądam sobie komentarze pod artykułami o grach czy filmach, odnoszę wrażenie, że coraz trudniej pisać cokolwiek sensownego o popkulturze, nie zrażając do siebie znacznej – a w każdym razie głośnej w mediach społecznościowych – grupy odbiorców. Obecny dyskurs wpadł w argumentacyjne kleszcze. Z jednej strony niektórych tematów nie sposób nawet poruszyć, nie ściągając na siebie gromów ze strony ludzi cierpiący na skrajną spoilerofobię. I tak osoba pisząca zmuszona jest do operowania ogólnikami lub obwarowywania choćby najkrótszego ustępu ostrzeżeniami, że hic sunt dracones i każdy zapuszcza się na własne ryzyko. Z drugiej strony próby krytycznej analizy danego utworu torpedowane są za pomocą argumentu „a mnie się podoba”, swoistej retorycznej pałki do uciszania wszelkich malkontentów. Masz jakieś zastrzeżenia? Znaczy się, nie podobało ci się. A nam się podobało i co nam zrobisz?

Niewykluczone, że to tylko moja banieczka informacyjna i nie jest aż tak źle. Być może to wszechmocne algorytmy Facebooka podsuwają mi wynurzenia kolejnych samozwańczych krytyków popkulturowych, bo utknąłem w pętli masochistycznego sprzężenia zwrotnego. Jakkolwiek by to było, temat ten wydał mi się na tyle ciekawy, by poświęcić mu ten krótki wpis1. Ponieważ spoilerofobia to problem złożony, i drażliwy, skupię się tu głównie na tych, co szafują argumentem „a mnie się podoba” – nie chciałbym zaleźć za skórę zbyt wielu ludziom naraz. Zacznijmy jednak od sprawy fundamentalnej: czy obiektywna ocena tekstów kultury, a szerszej sztuki jako takiej, jest w ogóle możliwa? Przydatnym narzędziem do wyznaczania granic tak złożonego problemu jest redukcja do absurdu, więc rozważmy najpierw dwa skrajne scenariusze.

Obiektywizm absolutny. „Andor to mocne 9 na 10”

Takie stanowisko zakłada, że możliwe jest wyznaczenie precyzyjnych kryteriów oceny „jakości” czy też „wartości” sztuki, które pozwoliłoby nam jednoznacznie zaklasyfikować każde dzieło jako „wybitne” lub „marne”. Przy czym słowo „precyzyjne” dźwiga na swoich barkach ogromny ciężar: nie chodzi bowiem jedynie o pewną listę ogólnych warunków do spełnienia. Język naturalny jest z natury nieostry, więc nie możemy po prostu sformułować kryteriów pokroju „posiada logiczną i spójną fabułę” czy „postaci są przekonująco zarysowane i każda ma wyraźną trajektorię rozwoju”. W ten sposób wprowadzilibyśmy do naszego systemu czynniki subiektywne. Całą ich masę. Bo co to znaczy, na przykład, „przekonująco”? To, co jednemu wyda się przekonujące, dla innego może być naiwne. Albo: jak obiektywnie stwierdzić, kiedy fabuła jest spójna? Co jeśli niespójność fabuły jest celowym zabiegiem narracyjnym (jak w Memento Nolana czy Ojcu Zellera)? Jeszcze gorzej byłoby, gdybyśmy chcieli umieścić na naszej liście kryteria odwołujące się do pojęć takich jak humor czy piękno, nad którymi od zarania dziejów głowią się filozofowie.

A skoro celujemy w obiektywizm absolutny to nie możemy sobie na coś takiego pozwolić. Zamiast listy ogólnych kryteriów potrzebujemy czegoś bardziej ścisłego; parametrów tak dokładnie określonych, że z ich pomocą nawet osoba zupełnie pozbawiona kompetencji kulturowych byłaby w stanie ocenić każde dzieło; systemu przyjaznego skończonym kulturalnym ignorantom czyli… komputerom. Słowem, potrzebny jest nam pewien algorytm oparty o zbiór reguł dających się wyprowadzić z podstawowych aksjomatów logiki. Tak zalgorytmizowana krytyka sztuki byłaby jak matematyka czy logika formalna. Jej wyniki byłyby niepodważalne i jednoznaczne, o ile tylko „dowód” przeprowadzono by poprawnie – zgodnie z regułami rządzącymi algorytmem (jak jednak pokazał Gödel, nawet w matematyce kwestia dowodzenia bywa nieco bardziej skomplikowana).

Zbudowaliśmy nasz domek z kart. Teraz wystarczy, że wyciągniemy jedną, a cały gmach runie. Oto i ona: kultura jest nierozerwalnie związana z językiem, więc krytyka jej wytworów nie może odbywać się poza nim. Tymczasem wszelkie próby sprowadzenia znaczenia do logiki – czyli jego algorytmizacji – spełzły na niczym. Niektórzy badacze są wręcz przekonani, że nieostrość i wieloznaczność języka naturalnego, dwie poważne przeszkody dla oparcia go na logice formalnej, są jego cechami fundamentalnymi, bez których przestałby skutecznie spełniać swoje funkcje. Bez formalnego języka możemy zapomnieć o formalnych kryteriach oceny.

Oczywiście cały ten wywód jest trochę na wyrost – nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by na serio twierdził, że stworzenie „uniwersaliów artystycznych” jest możliwe, czy nawet pożądane. Rzeczywistym odpryskiem takiego podejścia są jednak oceny liczbowe w recenzjach. Gdybyśmy mieli w ręku ów nadrzędny algorytm oceny, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby wszystkie dzieła sztuki uszeregować na jednej, arbitralnej skali „wartości artystycznej”, powiedzmy od 1 do 10. Pewnie zresztą okazałoby się to konieczne, jeśli krytyką sztuki miałoby zajmować się komputery, posługujące się językiem binarnym.

Choć obiektywizm absolutny, jak się przekonaliśmy, to mrzonka, ludzie chętnie sięgają po oceny liczbowe. I w sumie nie ma w tym nic złego, o ile ma się świadomość jak bardzo ograniczone jest to narzędzie2. Z moich obserwacji wynika, że zdecydowana większość ludzi używa ocen numerycznych dość swobodnie i nie przypisuje im żadnego głębszego znaczenia – traktuje je jako sposób na ubranie swoich subiektywnych, nierzadko złożonych odczuć i przemyśleń w jedną, poręczną wartość. Co jeśli akurat mamy ochoty zagłębiać się w szczegóły antyfaszystowskiej polityki Andora ani perorować o tym, jak świetnie pokazał przemianę tytułowego bohatera z cynika w rewolucyjnego przywódcę, tylko po prostu chcemy jasno zasygnalizować, że jest to najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się Gwiezdnym Wojnom od czasu starej trylogii? „Andor to mocne 9 na 10”. Niech pierwszy rzuci kamieniem (mieczem świetlnym?), komu nie zdarzyło się nigdy tak podsumować jakiegokolwiek tekstu kultury. Przejdźmy teraz do drugiego ekstremum.

Skrajny subiektywizm. „Każda opinia jest równie dobra”

W tym ujęciu wszystkie kryteria oceny są całkowicie subiektywne, a dzieła sztuki – oraz ich interpretacje – na swój sposób równe, bo wszystko, jak powiadają Anglosasi, jest „w oku obserwatora”. Rzekomo ma to swoje źródło w indywidulnym charakterze naszych doświadczeń: każda osoba ukształtowana została przez unikalną konstelację czynników, wszak żadne dwa życia nie są dokładnie takie same. Na pozór taki „artystyczny egalitaryzm” brzmi zdecydowanie bardziej rozsądnie niż naiwny obiektywizm, ale  implikacje tej postawy są nie mniej niepokojące. Jest to równość, lecz w znaczeniu całkowitego chaosu; porządek w znaczeniu najwyższego poziomu entropii – to kulturalny odpowiednik śmierci cieplnej wszechświata.

Sprowadzając krytykę do odczuć czysto subiektywnych negujemy postęp sztuki i rozjeżdżamy jak walcem wszelkie niuanse warsztatu. Ilustracje średniowiecznych kopistów i malowidła ludzi pierwotnych, stają się „tak samo dobre”, jak dzieła późniejszych wielkich malarzy (chociaż trzeba przyznać, że styl średniowiecznych miniatur może być ciekawą estetyką, jak pokazało Pentinent). Nawet dziecięce bazgroły, w których każda matka dostrzega zaczyn artystycznego geniuszu, stają się porównywalne z Gwieździstą nocą van Gogha! Zgodność krytyków przestaje mieć jakiekolwiek sensowne wytłumaczenie – już sama instytucja krytyki kulturalnej jawi się jako czysty absurd. Skoro krytyk czy krytyczka mówi tylko o swoich prywatnych odczuciach, jaki jest sens tego słuchać? Szanse, że nasze własne odczucia – całkowicie subiektywne, zaznaczmy – będą się z nimi pokrywać są niewielkie. A nawet gdyby się pokrywały, to co z tego? Czy potrzebujemy zewnętrznej aprobaty własnych odczuć? Przystając na skrajny subiektywizm, pozbawiamy się także możliwości odrzucania nawet najbardziej wydumanych interpretacji. W oczach konserwatysty Folwark zwierzęcy Orwella jest krytyką demokratycznego socjalizmu i pochwałą kapitalizmu? No nic, musimy się na to zgodzić, bo przecież „każda opinia jest równie dobra”. Pal licho fakt, że pisarz był do końca życia zdeklarowanym socjalistą.

Skrajny subiektywizm opiera się na dwóch błędnych założeniach. Przede wszystkim, ludzie nie są kształtowani przez całkowicie „indywidualne” czynniki, więc ich interpretacje nie mogą być jednostkowe. Mam złe wieści dla indywidualistów: nikt nie jest aż tak wyjątkowym płatkiem śniegu, za jakiego się uważa3. Niektóre doświadczenia są wspólne dla pewnych grup ludzi, ze względu na płeć, wiek, kulturę, narodowość, a inne – uniwersalne. Wszyscy radujemy się i cierpimy; zakochujemy się i przeżywamy miłosne zawody; rodzimy się i umieramy. Więzi te sięgają przez czas i przestrzeń, i dlatego wciąż poruszają nas opowieści starożytnych, jak Iliada Homera czy Epos o Gilgameszu. Co więcej, to właśnie ta ludzka wspólnota doświadczeń jest podstawą istnienia kultury jako takiej, a także wymogiem koniecznym do zadzierzgnięcia nici porozumienia między ludźmi. Nasza zdolność współodczuwania po części wynika bowiem z podobieństwa doświadczeń; mrocznym rewersem tego jest ludzka skłonność do myślenia plemiennego oraz niezdolność do empatii wobec osób o doświadczeniach odbiegających od naszych własnych (przyczyniająca się do takich zjawisk jak np. transfobia). Drugim gwoździem do trumny skrajnego subiektywizmu są kompetencje kulturowe – umiejętności interpretacji i oceny tekstów. Ale o tym za moment.

„A mnie się podoba”. Kompetencje kulturowe (oraz ich brak)

No dobrze, to gdzie na tej prowizorycznej skali – od absolutnego obiektywizmu do skrajnego subiektywizmu – umieścilibyśmy ludzi kończących, lub, co gorsza, zaczynających, każdą dyskusję argumentem „a mnie się podoba”? Moim zdaniem znajdują się niebezpiecznie blisko skrajnego subiektywizmu, ale używają tego stanowiska w sposób cynicznie niekonsekwentny. Kiedy krytycy przedstawiają pasujące im stanowisko, chwaląc lubiane przez nich teksty, ludzie tacy ochoczo przystają na ich argumenty. Ale wystarczy jedno nieprzychylne słowo lub wzmianka o czymś, co nie pasuje do ich światopoglądu, a zjeżają się i wycofują na z góry obrane pozycje: „to tylko twoja opinia”, „to szukanie dziury w całym”, „wszędzie teraz wpychają tę politykę” i, naturalnie, „a mnie się podoba”.

Szczególnie problematyczni pod tym względem są oczywiście GraczeTM – ci spośród grających w gry wideo, którzy najłapczywiej pochłaniają serwowaną im marketingową papkę, bo uczynili cyfrową rozrywkę głównym filarem własnej tożsamości. A ponieważ krytyka nie idzie w parze z reklamą (którą najlepiej skwitował Orwell w Niech żyje Aspidistra!, jednej ze swoich wczesnych powieści, nazywając ją „bełtanie[m] kijem w wiadrze z pomyjami”), GraczeTM, alergicznie reagują na analizę krytyczną, zrównując ją z „hejtowaniem”. Po części kieruje nimi błędnie ulokowany instynkt plemienny („atakują naszych”, czyli w tym wypadku wielomiliardowe korporacje), a po części właśnie owo głębokie niezrozumienie tego, jak działa krytyka kultury.

Bodaj najlepszym tego przykładem, jest ich wypaczona percepcja skali ocen w recenzjach. W oczach GraczeTM każda gra wpada w jedną z dwóch kategorii: absolutny majstersztyk (oceny 8-10) albo zupełnie niegrywalny kasztan (oceny 7 i niżej). Dlatego, kiedy Jim Stephanie Sterling ośmieliło się ocenić Zeldę Breath of the Wild na 7 na 10 pod jego adresem posypała się lawina gróźb i obelg4. W narzekactwie graczy często pobrzmiewa też echo Gamergate w postaci zarzutów przekupstwa wysuwanych przez nich wobec krytyczek i krytyków. I pewnie byłoby w tym trochę racji – w ostatnich latach prasa growa często bierze na siebie rolę drugiego obiegu marketingowego – gdyby nie to, że zarzuty te wyrastają z ohydnych pobudek: seksizmu, rasizmu i ogólnego reakcjonizmu.

Kiedy gracze, czy inni amatorzy (pop)kultury, próbują zacierać granicę pomiędzy odczuciami czysto subiektywnymi a analizą krytyczną, zdają się ignorować fakt, świadomie lub nie, że do oceny tekstu potrzebne są pewne kompetencje kulturowe; niektórzy są wręcz wrogo nastawieni do samej idei profesjonalnej krytyki, uważając ją za coś „wydumanego” czy „pozerskiego”.

Tak właśnie niekiedy postrzegana jest wszelka profesjonalna krytyka.

I znów: niechęć ta nie jest kompletnie bezpodstawna. Podkreślanie roli kompetencji kulturowych służy niektórym do wynoszenia się na piedestał, prowadząc do klasistowskich objawień, jak to, którym błysnęła niedawno nasza noblistka Olga Tokarczuk:

Nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów. Żeby czytać książki trzeba mieć jakąś kompetencję, pewną wrażliwość, pewne rozeznanie w kulturze. Te książki, które piszemy, są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą.

Literatura może trafiać pod strzechy, a jeśli nie trafia – to też nie ma w tym nic złego. Nie czytasz książek? Spoko. Wiele można zarzucić tej kapitalistycznej dystopii, którą nazywamy codziennością, ale jedno trzeba jej przyznać: żyjemy w świecie obfitującym w teksty kultury, w przeróżnych formach. Możemy przebierać w komiksach, grach, filmach, serialach, przedstawieniach teatralnych i wszystkim pomiędzy, a dostęp do nich jest łatwiejszy niż kiedykolwiek. Tokarczuk ma jednak sporo racji, nawet jeśli nadaje swoim argumentom cokolwiek pogardliwy ton. A więc dlaczego do oceny literatury, czy jakichkolwiek innych wytworów kultury, potrzebne są kompetencje kulturowe? I czym właściwie one są? Najlepiej ujęła to Ursula Le Guin (pisarka absolutnie najwspanialsza, nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym):

Na przykład: pewien pisarz postanawia napisać powieść fantastycznonaukową, nie jest jednak obeznany z tym gatunkiem – nie przeczytał niczego z istniejącej literatury. To stosunkowo powszechna sytuacja, jako że science fiction jest wprawdzie poczytnym podgatunkiem literackim, lecz uznawanym za nie wart głębszej analizy krytycznej. „No bo co tu niby zgłębiać?”, myśli sobie nas nowicjusz, nie pojmując, że gatunek jest gatunkiem, ponieważ posiada określony obszar zainteresowania i zakres tematyczny; odpowiednie narzędzia, reguły i techniki obróbki materiału; własne tradycje oraz grupę doświadczonych, świadomych czytelników. Słowem, stanowi pewną literaturę.

Nieświadom tego wszystkiego nasz nowicjusz zabiera się za wyważanie otwartych drzwi. Z okrzykiem niewinnego zachwytu na nowo „odkrywa” statki kosmiczne, istoty pozaziemskie, szalonego naukowca. Zachwytom tym nie zawtórują czytelnicy fantastyki naukowej, bo widzieli te motywy już nieraz; znają je lepiej niż on sam. Tak samo zbłaźnią się krytycy, którzy wypowiadają się o powieści fantastycznej, przeczytawszy ostatnią w wieku ośmiu lat i nie zgłębiwszy historii tej literatury ani rozległej teorii, jaką obrosła, gdyż nie wiedzą jak czytać tę książkę. Nie znają kontekstu, który pozwoliłby im osadzić ją w odpowiedniej tradycji, nie rozpoznają źródeł inspiracji, nie potrafią ocenić, jaki był zamysł autora bądź autorki ani czy udało się go zrealizować. Potwierdziło się to, nader dobitnie, po wydaniu pierwszej książki o Harrym Potterze, kiedy wielu z krytyków prześcigało się w pianiu peanów na cześć jej oryginalności. Ta mylna ocena wynikała z zupełnej ignorancji gatunków, na kanwie których książka ta powstała (fantastyka dziecięca oraz brytyjska opowieść o uczniach szkoły z internatem), oraz z faktu, że ostatni raz czytali fantastykę w wieku ośmiu lat. Przykry był to widok. Jakbyśmy oglądali szefa kuchni z ekskluzywnej restauracji, który po spróbowaniu tosta z masłem pisnął wniebowzięty: „Cóż za rarytas! Niesłychane! Czemu dopiero teraz dane było mi go zakosztować?”5.

Dlatego właśnie krytyka, uprawiania właściwie, nie jest „hejtowaniem”. Określenie to, jeżeli już chcemy się nim posługiwać, może odnosić się do dezawuowania tekstu z niskich pobudek – rasistowskich, transfobicznych, seksistowskich, klasistowskich i tym podobnych. Przykładem takiego zachowania byłoby nie krytykowanie, powiedzmy, Callisto Protocol za bycie nędznym, pozbawionym wizji artystycznej klonem Dead Space’a czy książek o Harrym Potterze za lubiące niewolnictwo skrzaty domowe i osobliwie antysemickie postaci goblinów-bankierów, lecz oburzenie rzekomych fanów twórczości Sapkowskiego na czarne elfy w Wiedźminie od Netfliksa czy ultrakatolickiego fandomu Tolkiena na czarne krasnoludy z Pierścieni władzy. Rzecz jasna, schody zaczynają się kiedy konstruktywna krytyka miesza się z owym hejtowaniem, jak to miało miejsce w przypadku obydwu wspomnianych seriali, a także, między innymi, po premierze The Last of Us 2, kiedy głosy niezadowolenia transfobicznych graczy zaczęły pokrywać się z tymi, dla których problemem był sztampowy, słabo poprowadzony główny wątek oraz jego lekko absurdalna kulminacja.

Przy czym znamienne jest, że Le Guin mówi o ignorancji niektórych krytyków i autorów a nie odbiorców. Bo ogólnie nie ma nic złego w tym, że podoba nam się coś, co w bardziej obiektywnym ujęciu, jest po prostu marne. Co więcej, można mieć świadomość, że dane dzieło jest nieszczególnie wybitne, a mimo to czerpać z niego przyjemność. W jednym ze swoich esejów Orwell tak pisze o „dobrych złych książkach”:

Niemniej wszystkie te książki to, prawdę mówiąc, literatura eskapistyczna. Tworzą one w pamięci przytulne wspomnienia, zaciszne zakątki, dokąd umysł może zapuszczać się w przeróżnych momentach, lecz nie udają bynajmniej, że mają cokolwiek wspólnego z prawdziwym życiem6.

Ostatecznie zatem nawet podejście „a mnie się podoba” może być zupełnie nieszkodliwe – o ile tylko nie używamy własnych subiektywnych odczuć do maskowania niewiedzy i zamykania ust rzetelnym krytykom, bo wtedy zaczynamy przypominać tego płaskoziemcę, który pcha się do naukowej debaty i zaczyna opowiadać „jak on to wszystko widzi”. A ta cała matematyka i fizyka? Po co to komu?

  1. Zaczynając ten wpis naprawdę sądziłem, że będzie krótki.
  2. Zawsze bawi mnie to, jak przeglądam swoje oceny punktowe przeczytanych książek oraz komiksów na Goodreads i widzę na przykład: tak samo oceniłem Cudze słowa Wita Szostaka oraz Morderstwo w Orient Ekspresie Agathy Christie, jedna i druga książka dostała ode mnie cztery gwiazdki na pięć. Czy to znaczy, że są to tak samo „dobre” książki? Co to w ogóle miało by znaczyć? Jaki jest zakres porównania?
  3. Czy płatki śniegu naprawdę są niepowtarzalne? Chyba znalazłem temat na kolejny (krótszy, przysięgam) wpis.
  4. James Stephanie Sterling jest osobą niebinarną i używa zaimków they/them, więc w tekście w odniesieniu do niego używam form neutralnych (zgodnie z zaleceniem zaimki.pl).
  5. Ursula Le Guin, Genre: A word only a Frenchman Could Love, przekł. własny, prelekcja wygłoszona na konferencji PLA Preconference on Genre, Seattle, luty 2004.
  6. George Orwell, Good bad books, przekł. własny, Tribune, 2 listopada 1945 roku.

Źródełko zdjęcia: Photo by Mulyadi on Unsplash

KategoriePrzekładoznawstwoPrzemyślenia

Niewidzialny trud tłumaczy literatury

Z okazji Międzynarodowego Dnia Tłumacza, czyli po części też i mojego święta, chciałem wrzucić krótki wpis o tłumaczeniach właśnie. A ponieważ jestem powszechnie znany z optymizmu i pogody ducha, postanowiłem się podzielić z Wami garścią informacji na temat sytuacji finansowej tłumaczy literatury w Polsce. Jeżeli sarkazm obecny w poprzednim zdaniu nie jest wyczuwalny przez cyfrowy przestwór Internetu, to życzliwie uprzedzam, że nie będzie to szczególnie podnosząca na duchu lektura.

Nieraz spotykałem się w środowisku tłumaczy z sentymentem, że „literatury nie tłumaczy się dla pieniędzy”. Zawsze jednak upatrywałem się w tym snobistycznych przechwałek – pieniądze w tej pracy się nie liczą, szacunek i prestiż zaś są wszystkim. Tymczasem zgodnie z przeprowadzonym na początku tego roku badaniem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury stwierdzenie to najwyraźniej należy interpretować bardziej dosłownie: mediana stawek za arkusz wydawniczy wyniosła 660 zł brutto (czyli jakieś 600 zł netto w przypadku umowy o dzieło). W przeliczeniu na stronę daje to jakieś 27 zł na rękę za stronę (arkusz wydawniczy liczy 22 strony po 1800 znaków.) Warto również zwrócić uwagę na fakt, że chociaż kobiety stanowiły 72% badanych, ich średnie zarobki były 55 zł niższe niż w przypadku mężczyzn.

Dla osób niezaznajomionych z realiami pracy tłumaczy to wciąż może wydawać się niezgorszą stawką. Kiedy jednak weźmie się pod uwagę, że staranne tłumaczenie ponad siedmiu stron dziennie jest zadaniem karkołomnym, a teksty po przetłumaczeniu często wymagają dodatkowej językowej obróbki, to nie wygląda to już tak różowo. Ponadto tłumacze pracują w warunkach prekariatu – poza stosunkiem pracy i przywilejami stałego zatrudnienia – więc dodajmy do tego koszty pokrycia ubezpieczenia zdrowotnego, funduszu emerytalnego oraz brak płatnych urlopów i chorobowego. Dochodzimy wtedy do oszałamiającej kwoty około 2300 zł miesięcznie, niewiele powyżej minimalnego wynagrodzenia.   

Czarę goryczy przelewa fakt, że zarobki tłumaczy literatury w przeciągu ostatnich 20 lat wzrosły jedynie nieznacznie, chociaż sam rynek książki ma się bardzo dobrze. Wbrew kasandrycznym przewidywaniom niektórych „znawców rynku”, media cyfrowe nie wyparły tradycyjnej książki. A pod względem nakładu pierwszych wydań rynek zdominowany jest przez tłumaczenia – zarówno w przypadku literatury pięknej dla młodzieży jak i dla dorosłych, dla których tłumaczenia stanowią odpowiednio 71% i 74% całkowitego nakładu.

Co można zrobić, żeby poprawić sytuację tłumaczy literatury? Poza gruntowną zmianą regulacji wolnych zawodów i/lub systemu gospodarczo-społecznego raczej niewiele. Wprowadzenie obowiązkowego uiszczania składek zdrowotnych i emerytalnych w ramach umowy o dzieło zapewne spowodowałoby jedynie obniżenie stawek i przerzucenie kosztów na wykonawcę umowy, jak to miało miejsce w przypadku umowy zlecenia. Jako czytelnicy przekładów zasadniczo jedyne, co możemy zrobić, to zwrócić uwagę na rolę tłumaczy jako mediatorów kulturowych.

Ze względu na dużą presję naturalizowania kulturowych elementów tekstu źródłowego (jego udomawiania) praca jaką tłumacze wykonują staje się niewidzialna, ujawniając się jedynie wtedy, kiedy w przekładzie coś poszło nie tak. Zastanówcie się sami, kiedy ostatnio zdarzyło Wam się zwrócić uwagę na to, kto tłumaczył czytaną przez Was książkę. Albo kiedy osoba tłumacza była dla Was decydującym kryterium w wyborze kolejnej lektury. Chociaż tłumacze na dobre zajęli już należne im miejsce na stronie książki – tuż pod autorem – ich wysiłki wciąż jednak nie są doceniane. Wyszukiwanie wszelakich błędów przekładu (zwłaszcza w tytułach i tłumaczeniu nazw własnych) stało się dla wielu swego rodzaju hobby. Nawet w profesjonalnych recenzjach książek wątek przekładu bywa pomijany lub sprowadzany do prostej dychotomii dobry/zły.

Jeżeli zatem chcielibyście coś zrobić dla tłumaczy literatury, to zwróćcie następnym razem uwagę na to, kto tłumaczył Waszą nową ulubioną książkę i mówcie głośno o przekładzie oraz pracy tłumaczy. Nie będzie z tego pieniędzy na poprawę ich marnej sytuacji finansowej, ale może chociaż pozwoli czerpać im więcej satysfakcji z własnej pracy.  

Źródełko zdjęcia: Photo by Annie Spratt on Unsplash

KategoriePrzemyśleniaSocjologiaTechnologia

Dylemat społeczny

Kluczowe pytanie „Dylematu społecznego”, nowego dokumentu Netflixa o mediach społecznościowych, pada już w pierwszych minutach: w czym rzeczywiście tkwi problem social media? W odpowiedzi intelektualni tytani przemysłu technologicznego – grube ryby m.in. z Google, Facebooka, Twittera i YouTube’a – drapią się po głowach, stękają i generalnie nie wyduszają z siebie nic sensownego. I na tym w zasadzie dokument mógłby się skończyć, bo wszystko, co pojawia się później to sianie moralnej paniki, łechtanie ego sprawców tego bajzlu i kręcenie się za własnym ogonem, byle tylko nie zmierzyć się z realiami późnego kapitalizmu. Możecie potraktować ten wpis jako coś z kategorii „obejrzałem, żebyście Wy nie musieli”, bo „Dylematu społecznego” nie polecam, choć warto podyskutować o pewnych poruszonych przez niego kwestiach.

Podstawowym zarzutem, który mam wobec twórców dokumentu, jest to jak bardzo próbują podsycać technofobię. Inscenizowane fragmenty, pokazujące jak media społecznościowe rozbijają życie zwyczajnej amerykańskiej rodziny, są momentami groteskowe i obnażają całkowity brak zrozumienia istoty problemu. Dzieci są tak uzależnione od swoich smartfonów, że nie są w stanie wytrzymać nawet chwili bez nich. W pewnym momencie widzimy jak rodzina zasiada do wspólnego obiadu i matka zamyka na godzinę wszystkie telefony w specjalnym pojemniku z timerem. Oczywiście rozmowa się nie klei i szybko zapada niezręczna cisza. Nie mija nawet parę minut, a kilkunastoletnia córka nie wytrzymuje, roztrzaskuje pojemnik i zabiera swój telefon. To bardzo czytelny, emocjonalnie naładowany przekaz: Patrzcie co media społecznościowe robią z naszymi dziećmi. Patrzcie co robią z nami – przestajemy ze sobą rozmawiać! Jest zatem pewna ponura ironia w tym, że dokument o manipulacji social media sam posuwa się do manipulacji.

To w zasadzie nic nowego – ten technofobiczny argument jest w kulturze obecny od lat, głównie wśród ludzi, którzy w odcięciu się od technologii upatrują się swojej moralnej wyższości (patrz PS). Takie przedstawienie wpływu technologii na młodych ludzi jest jednak jednowymiarowe. Faktem jest, że nastolatkowie potrafią mieć praktycznie zerową kontrolę impulsów i przez to często wymagają rodzicielskiego nadzoru, ale nie można zapominać też o tym, że są przyklejeni do swoich smartfonów również dlatego, że znaczna część ich życia rozgrywa się w sieci. Można nad tym ubolewać, ale nie sądzę, żeby pod tym względem możliwy był krok w tył – tak teraz wyglądają relacje międzyludzkie. Odcięcie od Internetu jest poważnym ciosem dla sfery społecznej młodych ludzi, których krucha tożsamość dopiero się kształtuje, szargana z jednej strony chęcią odróżnienia się od innych i a drugiej potrzebą przynależności. Z tego względu stawianie znaku równości pomiędzy ciągłą obecnością na platformach społecznościowych a uzależnieniem może być dla młodych ludzi krzywdzące i alienujące, utwierdzając ich w przekonaniu, że dorośli ich po prostu nie rozumieją. Myślę, że nawet ludzie z pokoleń, dla których największy rozwój mediów społecznościowych przypadł na okres dorosłości, zdają sobie z tego sprawę – wystarczy sięgnąć pamięcią do wypełnionych angstem lat młodzieńczych.

Narratorzy (w szczególności Tristan Harris, były specjalista ds. etyki designu Facebooka) bardzo często powołują się też na psychologię ewolucyjną: social media są ich zdaniem tak potężnie uzależniające, ponieważ nasze mózgi nie wyewoluowały do funkcjonowania w rozległych sieciach społecznych i do przyjmowania gratyfikujących bodźców, takich jak Facebookowe lajki czy powiadomienia na smartfonach, w tak dużych ilościach. Jestem z natury sceptyczny wobec takich argumentów, bo chociaż zdają się brzmieć całkiem sensownie, to często nie są poparte żadnymi dowodami – zresztą w przypadku psychologii ewolucyjnej przedstawienie twardych dowodów często jest zwyczajnie niemożliwe. W naszych mózgach nie zachowały się przecież żadne materialne ślady ewolucji kulturowej, przez co argumentów ewolucyjnych można łatwo nadużywać: nasze mózgi nie wyewoluowały również do czytania i pisania, ale jakoś nie widzę zbyt wielu zwolenników analfabetyzmu.

Zajrzałem jednak do literatury psychologicznej poświęconej problemom związanym z korzystaniem z social media. Uzależnienia od platform społecznościowych jest rzeczywiste, ale nie różni się szczególnie od innych form uzależnienia behawioralnego. Badania wskazują także na słaby związek pomiędzy korzystaniem z platform społecznościowych a występowaniem depresji i stanów lękowych. Interesujące jest to, że poza młodymi ludźmi problemy związane z social media dotykają najbardziej kobiety. Zdaje się to sugerować, że prawdziwe źródło problemu może leżeć głębiej – nie w samych platformach społecznościowych, a w tym jak traktowane są kobiety w naszej kulturze i jaka jest ich pozycja w społeczeństwie. Nie oznacza to, że można bagatelizować rolę social media np. we wzmacnianiu nierealnych stereotypów piękna i toksycznych wzorców męskości oraz dehumanizowaniu kobiet poprzez sprowadzanie ich wartości do cielesności. Pokazuje to jednak, że usunięcie konta na Facebooku jest rozwiązaniem w najlepszym wypadku jedynie doraźnym.

Niemniej w „Dylemacie społecznym” jest też sporo sensownych argumentów, chociaż, jak zaraz postaram się pokazać, błędnie identyfikujących rzeczywisty problem. Nasi narratorzy, głównie owe grube ryby z Doliny Krzemowej, zwracają uwagę m.in. na brak odpowiedniej regulacji materiałów przeznaczonych dla dzieci na YouTube oraz wyższy odsetek samobójstw i samookaleczeń wśród nastolatków w porównaniu do minionych dekad. Z tym pierwszym nie zamierzam dyskutować, bo to, że YouTube to istny dziki zachód jeżeli chodzi o kontent dla młodszego odbiorcy nie ulega wątpliwości. Niemniej ten stan rzeczy wymaga szerszego kontekstu – brak zewnętrznej kontroli nie jest problemem inherentnym dla mediów społecznościowych tylko kapitalizmu jako takiego, zwłaszcza w amerykańskim wydaniu. Dokładnie to samo dzieje się w innych branżach, chociażby w branży gier wideo AAA, która podsuwa dzieciom mechaniki hazardowe (lootboksy), na wszelkie sposoby próbuje nimi manipulować (poprzez cały szereg różnych form mikropłatności) i trenuje ich na posłusznych konsumentów treści. Można oczywiście nawoływać do reformowania każdej branży z osobna, jak zdają się to czynić narratorzy „Dylematu społecznego”, ale coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że takie działanie to jedynie łatanie dziur w łajbie, która idzie na dno. Dla tego 1%, który siedzi w swoich wygodnych kajutach na szczycie łodzi nie ma to większego znaczenia, ale dla pozostałych 99% zalewanych wodą pod pokładem i owszem.    

W czasach kiedy kapitalizm coraz bardziej zaciska ekonomiczną pętle na szyi młodych ludzi, często pozbawiając ich perspektyw na godne zarobkowanie (patrz PS2), a zbliżająca się globalna katastrofa klimatyczna pozbawiła ich nadziei na normalne dorosłe życie, wskazywanie palcem na social media jako głównego sprawcę ich problemów psychicznych jest, delikatnie mówiąc, mylące. W pewnym momencie jeden z narratorów wprost stwierdza, że w statystyki na temat liczby samobójstw osób w wieku 15-19 lat idealnie wpisuje się moment, na który przypada największy rozwój mediów społecznościowych: rok 2010. Jeżeli sam miałbym typować, jakie wydarzenie społeczno-gospodarcze miało w tym czasie największy wpływ na psychikę młodych ludzi, obstawiałbym raczej kryzys bankowy z roku 2008/2009 i następującą po nim recesję. Nie zaprzeczam temu, że nierealistyczne standardy szczęścia i piękna promowane na mediach społecznościowych mają wpływ na dobrostan psychiczny młodych ludzi. Nie jest to jednak problem właściwy wyłącznie mediom społecznościowym. Jest to kolejny przejaw konsumpcjonizmu i realizmu kapitalistycznego, wszechobecnych w innych mediach i tekstach kultury, o czym „Dylemat społeczny” nie wspomina. Dokument ignoruje również sytuację osób LGBT+. Wypełniony nienawiścią dyskurs i dyskryminująca legislacja, które w ostatnich latach nasiliły się w wielu miejscach, sprawiają, że ryzyko samobójstw wśród tych osób jest znacznie wyższe niż w pozostałej części populacji. Problem rosnącej liczby samobójstw młodych ludzi jest złożony i odciągnięcie ich od telefonów go nie rozwiąże.

Jest też coś perwersyjnego w sposobie, jaki narratorzy próbują nas straszyć złymi, manipulacyjnymi mediami społecznościowymi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że, pomimo świadomości destruktywnego wpływu social media na życie wielu ludzi, ich twórcy czerpią z tego pewną satysfakcję. Coś na kształt moralnie wypaczonej dumy zawodowej w stylu Waltera White’a z Breaking Bad: Może i rozpieprzyliśmy podstawy społeczeństwa informacyjnego, ale patrzcie jaką dobrą wykonaliśmy przy tym robotę. Najgłupsze w tym jest to, że te nie jest prawda. To tylko kolejny sales pitch, kolejny chwyt marketingowy. Najwyraźniej nawet kiedy ci ludzie próbują zdiagnozować, co trapi ich własną branżę, i wydusić z siebie coś szczerego, z ich gardeł wydostaje się jedynie korpogadka. Bo chociaż mechanizmy manipulacji wbudowane w media społecznościowe rzeczywiście potrafią do pewnego stopnia sterować opinią społeczną, nie są choćby w połowie tak skuteczne jak może się wydawać ich twórcom.

Dezinformacja towarzyszy nam odkąd istnieje społeczeństwo informacyjne i media masowego przekazu. Jej skala i perfidia rzeczywiście uległy zwiększeniu w dobie Internetu, ale techniki są w gruncie rzeczy wciąż te same: polaryzacja opinii, kłamanie, rzucanie półprawdami i niedopowiedzeniami, narzucanie fałszywej tożsamości i dzielenie ludzi na sztuczne plemiona, granie na emocjach, przekierowywanie dyskusji na tematy zastępcze (whataboutism), żeby wymienić te bardziej powszechne. Dlatego obraz social media jako złowieszczych marionetkarzy, którzy w niespotykany dotąd sposób kierują każdym naszym poczynaniem jest po prostu śmieszna. Co gorsza to karykatura, która może odwrócić uwagę od prawdziwego problemu (dezinformacji i niedoinformacji) i jego właściwego rozwiązania – uczenia ludzi krytycznego myślenia. Usunięcie konta na Facebooku nie uczyni nikogo niepodatnym na medialne czy korporacyjne manipulacje.

Tym bardziej irytujące było dla mnie to, jak „Dylemat społeczny” przedstawia polityczną polaryzację i radykalizację. Twórcy biorą ten sam argument utraty porozumienia, który jest wadliwy nawet na poziomie rodziny, i próbują go rozciągnąć do całego społeczeństwa. Zdaniem twórców problemem naszego społeczeństwa jest bowiem fakt, że „przestajemy z sobą rozmawiać”, bo radykałowie zarówno z prawej jak i z lewej strony politycznego spektrum przejmują dyskurs w mediach społecznościowych. Dokument jest wręcz agresywnie ambiwalentny w przedstawianiu tych radykałów, stylizując ich na ultra prawicowych YouTuberów, ale wkładając im w usta bardzo ogólnikowe, puste frazesy. Takie stanowisko to niestety zgniły centryzm, który w obliczu pogłębiających się społecznych niesprawiedliwości i dysproporcji pomiędzy ludźmi u władzy i tymi jej pozbawionych (lub inaczej: twórców kapitału i jego posiadaczy) zachęca nas do politycznej apatii zamiast do działania. Wmawia się nam, że to nie kapitalizm i faszyzm powodują konflikty społeczne, ale brak porozumienia. Zwolennicy statusu quo mogą zatem spać spokojnie, bo obecnemu stanowi rzeczy winna jest nie ich polityczna bierność, lecz utrudniająca porozumienie technologia.

Najlepszym komentarzem do tego była scena, w której rodzeństwo ze wspomnianej wcześniej wyimaginowanej rodziny zostaje brutalnie zatrzymane przez policję w trakcie manifestacji. W świetle niedawnych wydarzeń z ruchem Black Lives Matter w Stanach, czy chociażby bardziej lokalnej sytuacji z protestem przeciwko zatrzymaniu Margot, ten argument przedstawia się jako szczególnie kłamliwy. Brutalność policji i prześladowanie mniejszości to nie problemy, które wynikają z braku dialogu. To problemy, które wynikają z braku działania. Wielu ludzi wolałoby jednak, żebyśmy na zawsze utknęli w tych jałowych dialogach, notorycznie wykolejanych przez prawicowych trolli. Systemowy rasizm w USA, mimo bardziej subtelnych form, nadal ma się dobrze, ponad pół wieku po ruchach obywatelskich. Jak długo jeszcze amerykańskie społeczeństwo ma debatować na temat tego, co należy z tym zrobić?    

Ostatecznie „Dylemat społeczny” zawodzi pod względem swojego wezwania do działania – bo, jak rozumiem, jego celem było skłonienie oglądających do wprowadzenia rzeczywistych zmian w świecie. Tyle, że zamiast zmobilizować ludzi do politycznego działania przekaz „Dylematu społecznego” rozłazi się, sprowadzony do bardzo górnolotnych komunałów i bezsensownego „usuńcie konto na Fb”. Chociaż w wielu wypowiedziach narratorzy zbliżają się do wyrażenia pewnych konkretnych opinii politycznych, nie wychodzą niestety znacznie poza snucie fantazji na temat etycznego kapitalizmu. A etyczny kapitalizm to oksymoron. Dopóki nie wprowadzimy gruntownych zmian i nie zaczniemy na poważnie rozważać alternatyw do kapitalizmu dopóty korporacje pokroju Facebooka nie będą szczególnie przejmować się moralnym wymiarem swoich działań, bo z tego po prostu nie ma zysków. Korporacje nie mają wstydu czy wyrzutów sumienia. Gdyby tak było, Mark Zuckerberg zapadłby się pod ziemię, prosto do jądra planety, kiedy był przesłuchiwany przez kongres Stanów Zjednoczonych w sprawie afery z Cambridge Analytica. Żeby zatem poderwać ludzi do rzeczywistego działania, trzeba zrobić coś więcej niż tylko wybrać sobie jeden aspekt kapitalizmu jako chłopca do bicia i jak już spuścimy mu manto, ogłosić, że wszystkie problemy z naszym głęboko wadliwym systemem społeczno-gospodarczym zostały rozwiązane.

PS. Zdarzyło mi się trafić na ludzi, którzy hasło „usunąłem swojego Facebooka” chętnie oprawiliby w ramki i powiesili na ścianie, traktujący wszystkich, którzy tego nie zrobili, jak niedoinformowanych i/lub naiwnych głupków.

PS2. Milenialsi, wychowani w czasach kryzysu gospodarczego, zarabiają mniej niż poprzednie pokolenia. Powiększyły się też dysproporcje ze względu na posiadane wykształcenie (co, szczególnie w Stanach, jest bezpośrednio związane z zasobnością portfeli rodziców). Warto też zwrócić uwagę na fakt, że zarobki młodych ludzi w ciągu ostatnich 50 lat praktycznie nie uległy zmianie, podobnie zresztą jak stawki godzinowe szeregowych pracowników (w przeciwieństwie do kadry zarządzającej wysokiego szczebla)

KategorieBiologiaPopkulturaPrzemyślenia

Problemy programów popularnonaukowych

Tak jakoś ostatnio się złożyło, że wszechmocny algorytm YouTube nie był w stanie polecić mi niczego nowego z naukowego YouTube do obejrzenia. A że akurat w ramach subskrypcji audiobooków i ebooków na Scribd (którą stale gorąco polecam) mam także dostęp do Curiosity Stream, platformy streamingowej zapełnionej wyłącznie popularnonaukowym kontentem, pomyślałem, że poszukam sobie tam czegoś ciekawego. Niestety bardzo szybko przypomniało mi to, dlaczego lata temu przestałem oglądać programy popularnonaukowe w telewizji na kanałach takich jak Discovery.

Niemal każdy dokument z Curiosity Stream, który obejrzałem, miał ten sam problem: nakręcanie hype’u wokół nowych badań bez odpowiedniego kontekstu i zrozumienia tego jak rzeczywiście działa nauka. Na przykład z całkiem interesującego dokumentu o ewolucji grzybów dowiedziałem się, że tuż za rogiem badań nad środkami farmakologicznymi pochodzenia grzybicznego jest lek na wszelkiego rodzaju nowotwory. Czy naprawdę tak się stanie jest wielce wątpliwe, ale powiedzmy, że to jeszcze mogłem puścić im płazem, bo takie zapewnienia to jedna z tych rzeczy, które można podczepić pod nadmierny entuzjazm samych badaczy. Gdyby nie byli choć trochę optymistycznie nastawieni do własnych badań, którym poświęcili całe swoje kariery, to nie wiem jak daliby radę pojawiać się każdego dnia w pracy.  

Zresztą perorowanie o doniosłości swoich badań jest nieodłącznym elementem pracy wielu naukowców – w przeciwnym razie mogłaby im grozić utrata finansowania. Wiem, że zaczynam pewnie brzmieć jak zdarta płyta, ale to kolejna z nieprzyjemnych konsekwencji stosowania neoliberalnej polityki i zasad wolnorynkowej konkurencji do nauki. Obecnie trudno jest prowadzić badania jedynie w celu wzbogacenia dorobku naukowego. Niemal każdy projekt badawczy musi już na starcie jasno wskazać, jakież to praktyczne korzyści będą z niego płynąć, najlepiej w formie patentu (patrz też PS). Naukowcy doskonale zdają sobie sprawę, że to po prostu tak nie działa, w szczególności w przypadku tzw. basic science (badań nad podstawowymi mechanizmami i problemami dyscypliny), w przypadku któych wyjątkowo trudno przewidzieć, co z nich wyniknie, o ile cokolwiek z nich wyniknie. W najdziwniejszej sytuacji znaleźli się humaniści, zmuszeni robić intelektualne fikołki w uzasadnieniach swoich badań, żeby znaleźć dla nich jakieś pragmatyczne zastosowanie.

Wiem o tym, bo sam musiałem wciskać ludziom głodne kawałki na temat tego, jak to moje badania nad hipotezą symulacji ucieleśnionej przełożą się na lepsze nauczanie języka angielskiego. Jestem niemal pewien, że nic z tego nie będzie. Nauka, tj. prowadzenie badań naukowych, jest procesem wysoce stratnym, w którym większość dróg nie prowadzi donikąd, a czasami niepozorne boczne alejki prowadzą do niesamowitych i nieprzewidzianych odkryć. Poddawać pod wątpliwość należy również założenie, że bardziej humanistycznie ukierunkowane badania muszą w ogóle prowadzić do jakichkolwiek praktycznych korzyści. Bo co odróżnia sztukę od zwykłego rzemieślnictwa? Niektórzy krytycy sztuki wskazują właśnie na brak praktycznego zastosowania wytworu określonego działania. Idąc tym tropem, pokusiłbym się nawet o pewną paralelę: różnica między sztuką a rzemieślnictwem jest taka jak pomiędzy nauką a inżynierią.   

Drugą instancję „nakręcania niezdrowego naukowego hype’u” na jaką natrafiłem na Curiosity Stream było mi zdecydowanie trudniej zaakceptować. Prawie godzinny dokument o tym, jak wewnętrzne organy ludzkiego ciała pełnią rolę homeostatyczną i regulacyjną, wysyłając różnego rodzaju molekularne przekaźniki do krwiobiegu (też jakby nie patrzeć fascynujący temat), poinformował mnie, że jednym prostym, minimalnie inwazyjnym zabiegiem chirurgicznym na nerkach można „z dnia na dzień” rozwiązać problem opornego na interwencje farmakologiczne nadciśnienia. Tutaj już zapaliły mi się wszystkie sceptyczne kontrolki ostrzegawcze. Szczególnie zaalarmowała mnie też narracja, którą dokument budował wokół tych badań: „konwencjonalna medycyna dotychczas była bezradna”. Oho, w najlepszym wypadku to kontrowersyjne badania, a w najgorszym pseudonaukowe brednie.

Dokument nie raczył mnie poinformować jak ta procedura się nazywa (o tym problemem więcej za chwilę), ale trochę googlowania naprowadziło mnie na trop przeskórnej denerwacji nerek (renal denervation, RDN). W dużym uproszczeniu RDN polega na wprowadzeniu cewnika do tętnicy nerkowej i uszkodzenia wysoką temperaturą znajdujących się w nerkach włókien nerwowych odpowiedzialnych za wytwarzanie przekaźników molekularnych. Przekaźniki te mają wpływ na proces regulacji ciśnienia krwi. Parę artykułów naukowych później dowiedziałem się jednak, że procedura ta jest dość kontrowersyjna (ale przynajmniej nie pseudonaukowa, chociaż tyle dobrego). Główne badania jej poświęcone nie były odpowiednio kontrolowane i nie wykazały istotnych różnić pomiędzy RDN a konwencjonalną terapią farmakologiczną. Nowe badania są bardziej obiecujące, ale kwestia skuteczności RDN nadal nie jest w pełni rozstrzygnięta. Metaanaliza z zeszłego roku nie wykazała żadnych istotnych korzyści ze stosowania RDN w opornym nadciśnieniu. Nota bene, o tych nowych badaniach dokument nie mógł nawet wiedzieć, bo pojawiły się rok po jego emisji (badania w 2019, dokument w 2018). Niestety lektor nawet na moment nie zająknął się w kwestii kontrowersyjnej skuteczności tej procedury.    

Dobija mnie też to, jak bezsensownie pewne rzeczy są niekiedy upraszczane w dokumentach popularnonaukowych. Nie chodzi mi o to, że sam jestem nie wiadomo jakim erudytą (albo „polimatem”, jak to niektórzy ludzie z przerostem ego lubią siebie określać), bo pewne uproszczenia uważam za absolutnie konieczne. Nie ma szans, żebym rzucił się na głęboką wodę w temacie przekaźników molekularnych i wszystko zrozumiał bez konieczności robienia rozległego riserczu. Na to nawet ja mogę nie mieć czasu i/lub chęci, kiedy oglądam program popularnonaukowy do śniadania, a przecież robienie tego typu rzeczy to praktycznie moje hobby. Niektóre bardziej złożone aspekty tego problemu pewnie na zawsze pozostaną poza moim zasięgiem, bo nie jestem biologiem.

Z tym upraszczaniem mam na myśli sytuacje, kiedy widz nie dostaje kluczowych informacji, żeby zrobić ten risercz, jeśli ma taką ochotę, lub kiedy dostaje pewnego rodzaju pseudowyjaśnienie złożonego problemu. Przykład tego pierwszego pojawił się wyżej – chociaż dokument sporo uwagi poświęca denerwacji nerek, nigdy nawet nie pada właściwa nazwa tego zabiegu. Natomiast najlepszym przykładem pseudowyjaśnienia jest, to jak dokument opisał działanie mikroskopu umożliwiającego trójwymiarowe obrazowanie żywych komórek (tłumaczenie napisów moje):

To skomplikowane urządzenie w niczym nie przypomina tradycyjnego mikroskopu świetlnego.

Ciekawe. Może jest zatem bardziej jak mikroskop elektronowy? Jak to urządzenie działa?

Urządzenie to może zeskanować mikroskopijną komórkę  i odtworzyć jej trójwymiarową strukturę za pomocą komputera.  

Ale… jak? Z tego wyjaśnienia nie dowiedziałem się praktycznie niczego. Równie dobrze można by powiedzieć, że podstawiamy szalkę pod mikroskop, a potem dzieje się magia. Nawet bez zapewnień ze strony twórców dokumentu domyślałem się, że ten mikroskop jest niesamowicie skomplikowanym urządzeniem, ale nie przyjmuję do wiadomości, że nie dałoby się lepiej opisać jego działania bez wchodzenia w nadmiernie techniczne detale.

Oczywiście w duchu pomijania kluczowych informacji, dokument nie podaje jak nazywa się ten mikroskop. Własny risercz doprowadził mnie do informacji o Ericu Betzigu, Stafanie Hellu i Williamie Moernerze, noblistach z chemii z roku 2014, i przypomniał mi o „nanoskopii”, metodzie mikroskopii świetlnej, która obchodzi postulowany limit Abbe (czyli rozdzielczość 200 nanometrów, długości najkrótszej fali świetlnej) za pomocą fluorescencji. Krótko mówiąc, fluorescencja różnych obszarów badanej komórki w skali nanometrów jest selektywnie aktywowana i komórka jest wielokrotnie skanowana w różnych konfiguracjach aktywacji. Następnie obrazy nakładane są jeden na drugi tworząc kompozyt o wyjątkowo dużej rozdzielczości (ale patrz PS2). Da się? Da się.

Warto też wspomnieć o konsekwencjach takiego nakręcania hype’u i serwowania pseudowyjaśnień. Żeby nie było, że się czepiam jedynie dla sportu, moim zdaniem takie działanie robi więcej szkody niż pożytku. Nakręcaniu hype’u wokół najnowszych badań tworzy fałszywy obraz nauki i ostatecznie prowadzi do rozczarowania. Jak wspominałem wyżej, większość badań, chociaż zapowiada się obiecująco, kończy się fiaskiem. Dociera do epistemicznego ślepego zaułka. Nie jest to porażka metody naukowej, tak po prostu to wygląda i niewiele możemy obecnie z tym zrobić. Nieumiejętne przekazanie tego faktu w propagowaniu nauki powoduje, że ludzie z czasem mogą dojść do błędnych wniosków na temat metody naukowej. Wielokrotnie spotkałem się z osobami, których entuzjazm do nauki po latach zawodów (gdzie te wszystkie leki na nowotwory? Gdzie te nowe technologie?), przerodził się w nieufność. Przecież „naukowcy guzik wiedzą”, bo „ciągle się mylą”. Tekst „amerykańscy naukowcy dowiedli, że” stał się nawet swego rodzaju memem, demonstrującym rzekomą niepewność i zmienność nauki.

Natomiast karmienie ludzi psuedowyjaśnieniami daje im złudzenie wiedzy. Może też rodzić frustrację, kiedy z czasem ludzie pojmą, że zostali zwyczajnie oszukani („naukowcy sami nie wiedzą jak to działa”). Tymczasem naprawdę można to robić lepiej, co pokazał naukowy YouTube i twórcy tacy jak Kurzgesagt czy Derek Muller (Veritasium). Mam nadzieję, że twórcy programów popularnonaukowych, zwłaszcza dla platform tak niszowych i dedykowanych wyłącznie fanom nauki jak Curiosity Stream, w końcu połapią się, że widzowie cenią sobie przede wszystkim rzetelność i że nie trzeba wszystkiego upraszczać do granic i nadawać mu nadmiernie pozytywnego spinu. Dokumenty o biologii mogą być równie fascynujące bez wzmianek o leczeniu nowotworów czy cudownych terapiach.

PS. Powiązanym problemem, z którym  zmagałem się praktycznie cały doktorat, była konieczność wyznaczenia tematu badań w taki sposób, żeby zagwarantować pozytywne wyniki. Z jednej strony miałem zajmować się czymś, co będzie na „czele współczesnej nauki” na tym nieszczęsnym „cutting edge”. Z drugiej jednak musiało być to coś, co miało duże szanse powodzenia. Doktorat z wynikami „nic z tego nie wyszło” nie prezentowałby się zbyt pochlebnie. Bo może to doktorant coś sknocił i dlatego nie udało się odrzucić hipotezy zerowej? Tyle, że takie podejście jest absurdalne i sprzeczne z podstawowymi założeniami nauki. Jeżeli bierzemy się za zgłębianie zagadnień, co do których z góry wiemy jaki będzie wniosek, to jaki w ogóle jest sens takiego przedsięwzięcia? Możecie sobie teraz wyobrazić pod jaką presją jest wielu młodych badaczy. Łatwiej też zrozumieć, dlaczego niektórzy posuwają się do nieetycznych praktyk i dopuszczają różnego rodzaju manipulacji, byle tylko przekroczyć magiczny próg istotności statystycznej. Ja sam poszedłem pod prąd i przedstawiłem na obronie w dużej mierze negatywne wyniki badań, ale musiałem się z tego gęsto tłumaczyć i zadbać o to, żeby mieć absolutną pewność, że moja metoda i wyniki były niepodważalne. Jak to wszystko odbiło się na moim zdrowiu psychicznym to temat na inny wpis.   

PS2. Ta nagroda Nobla obejmuje dwie różne metody oparte na podobnych założeniach. Tutaj nie rozgraniczam pomiędzy nimi, żeby nie wdawać się szczegóły i nie rozciągać tego i tak już trochę przydługiego wpisu. Więcej można na ten temat przeczytać np. tutaj.

Źródełko zdjęcia: Photo by National Cancer Institute on Unsplash

KategoriePrawoPrzemyślenia

Wolny dostęp do nauki

JSTOR, jedno z większych cyfrowych repozytoriów publikacji naukowych, przedłużyło swój okres open-access do końca roku. Niby fajnie, ale nie sposób zostawić tego newsa bez szerszego komentarza. Duzi wydawcy czasopism naukowych i prywatne cyfrowe biblioteki są zmorą współczesnej nauki. Ich rola sprowadza się do zwykłego pośrednictwa i pobierania wysokiego haraczu wyłącznie za udostępnianie swoich serwerów. Zwykle pieniądze te idą z kieszeni instytucji naukowych, które wykupują odpowiednie subskrypcje dla swoich pracowników i studentów. Autorzy artykułów i ich recenzenci – czyli ludzie, którzy odwalają większość roboty – nie uczestniczą w zyskach. To mikrokosmos kapitalizmu.

JSTOR nie jest jeszcze pod tym względem najgorszy, bo jest non-profit i udostępnia przynajmniej część artykułów za darmo do przeczytania na swojej stronie, ale weźmy np. takiego Elseviera. Jeżeli akurat uczelnia, na której pracujemy bądź studiujemy, nie ma dostępu do repozytorium, w którym znajduje się interesujący nas artykuł naukowy, musimy wyłożyć na niego 30-40 dolarów. A na jednym artykule najpewniej się nie skończy. Liczbę pozycji bibliograficznych potrzebnych do napisania własnego artykułu liczy się w dziesiątkach, a dłuższej pracy naukowej w setkach. Podobnie jeżeli jesteśmy zainteresowanym laikiem i chcielibyśmy np. przeczytać sobie parę publikacji na temat interfejsów mózg-komputer, bo akurat piszemy o tym post na bloga (patrz PS). Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że decyzję o przebiciu się przez taki „paywall” najczęściej musimy podjąć wyłącznie na podstawie abstraktu, który zwykle bardzo pobieżnie omawia zawartość tekstu. Jako ktoś, kto do badań potrzebował dziesiątek artykułów spoza głównego obszaru specjalizacji mojego instytutu (przede wszystkim z neurobiologii i filozofii umysłu), spotykałem się z tym problemem praktycznie na co dzień. Nie jestem też w stanie zliczyć, ile razy po przeczytaniu abstraktu wydawało mi się, że artykuł jest wart mojej uwagi, a po wczytaniu się głębiej okazywał się nieprzydatny.

Trudno jest mi takie podejście pogodzić z ideą przejrzystości nauki i powszechnego dostępu do jej osiągnięć. A przecież argumenty na rzecz takiego stanowiska można mnożyć – od korzyści w postaci obywatelskiego zaangażowania w proces naukowy, przez umożliwienie badaczom z nieuprzywilejowanych obszarów (np. z krajów rozwijających się) uczestnictwa w globalnej społeczności naukowej, po fakt, że nauka finansowana jest z podatków obywateli. Ci naukowcy i recenzenci, bez których wydawcy nie mogliby funkcjonować, opłacani są najczęściej przez publiczne instytucje badawcze, a te z kolei przez nas. Mimo to obecnie znajdujemy się w dziwnej sytuacji, w której nasze podatki pośrednio idą na finansowanie zysków wydawców. Dziwnej z perspektywy zdrowego rozsądku i moralności, ale absolutnie normalnej dla późnego kapitalizmu.

Co ciekawe, kiedy w roku 2014 JSTOR zapytany został ile kosztowałoby ich przejście na pełen open-access, czyli udostępnienie wszystkich artykułów za darmo dla całego świata, ich odpowiedź rzekomo brzmiała „250 milionów dolarów”. Taka kwota to dosłownie kieszonkowe dla wielu najbogatszych ludzi naszych czasów. Jeff Bezos, ze swoimi 220 miliardami dolarów, mógłby zapewnić wszystkim ludziom dostęp nie tylko do JSTORa, ale pewnie również wszystkich innych cyfrowych repozytoriów wiedzy i nawet by tego specjalnie nie odczuł finansowo. Tymczasem, kiedy Aaron Swartz, amerykański programista i aktywista, ściągnął z serwerów JSTORa znaczną liczbę cyfrowych materiałów naukowych z zamiarem ich rozpowszechnienia, groziła mu grzywna w wysokości do miliona dolarów i do 35 lat więzienia. I to jedynie za nielegalne ściągnięcie artykułów, a nie naruszenie praw autorskich, bo JSTOR odstąpił od procesu cywilnego. Zdaniem wielu prawników ryzyko maksymalnego wyroku było niskie, ale Swartz nigdy nie doczekał jego ogłoszenia, popełniając samobójstwo krótko po otrzymaniu zarzutów.

Historia Swartza pokazuje jednak, że jest też trzecia droga w tym wszystkim. Można po prostu kompletnie ignorować dławiące naukę prawo autorskie i próbować unikać prawnych konsekwencji – tak robią to portale Library Genesis i Sci-Hub. Działając z ciemnych zakamarków Internetu i/lub krajów, w których prawa autorskie nie są ściśle egzekwowane, portale te gromadzą linki do milionów artykułów normalnie zamkniętych za paywallami, między innymi na stronach Elseviera. Żeby zburzyć obraz złych hakerów wykradających dane od „przedsiębiorczych wydawców”, warto dodać, że Sci-Hub utrzymuje się z dotacji użytkowników z całego świata, a wiele z artykułów dostępnych na Library Genesis albo Sci-Hub zostało wrzuconych do sieci przez samych autorów.

Jak już wspominałem, autorzy nic nie mają z dystrybucji swojej pracy, więc czemu mieliby stawać w obronie korporacyjnych interesów? Mało tego, interes naukowców jest bezpośrednio sprzeczny z interesem wydawców – naukowcy chcą by do ich badań dotarła jak największa liczba ludzi, co paywalle skutecznie uniemożliwiają. Chociaż rzadko mówi się o tym głośno, Alexandra Elbakyan, założycielka Sci-Hub, w środowiskach naukowych często uchodzi za bohaterkę. Sam pewnie pisałbym doktorat jeszcze kolejne sześć lat, gdyby nie jej aktywizm. Wpływ jej projektu na naukę spotkał się nawet z zainteresowaniem stricte naukowym. Parę miesięcy temu pojawiły się badania analizujące tzw. „Efekt Sci-Huba”. Zgodnie z ich wynikami artykuły pobierane z Sci-Hub były cytowane 1,72 razu częściej niż te niepobierane, co zdaje się sugerować, że blokowanie dostępu do artykułów przez wydawców ma wymierny wpływ na to jak prowadzone są badania naukowe (ten artykuł nie przeszedł jeszcze procesu recenzyjnego, więc ostrożnie z wyciąganiem wniosków).

Oczywiście wydawcy, w szczególności Elsevier, próbują walczyć z Library Genesis i Sci-Hub na wszelkie sposoby. Portale są blokowane w wielu krajach i stale zmieniają domeny, a ludziom, którzy z nich korzystają, przyklejana jest łatka złodziei (patrz PS2). Póki co jednak „piraci” wygrywają tę walkę. I dobrze, bo jak próbowałem pobieżnie pokazać w tym krótkim wpisie, nasz obecny system prawa autorskiego jest wadliwy w swoich założeniach. Nie wymaga jedynie drobnej korekty, wymaga całkowitej transformacji, tak by był zgodny z ideałami współczesnej nauki. Nasz światowy dorobek naukowy nie może być zakładnikiem prywatnych, nastawionych na zysk korporacji, jeżeli nauka ma być przedsięwzięciem prawdziwie globalnym i ma być otwarta dla wszystkich, nie tylko tych, którzy wcześniej zapłacili sowity okup.

PS. Zapowiadałem tego posta już tyle razy, że jeżeli w końcu go nie napiszę, macie pełne prawo obtoczyć mnie w smole i pierzu i przepędzić ulicami Wrocławia. Ale serio trochę czytania w temacie interfejsów mózg-komputer jest.

PS2. To, że nielegalne ściąganie treści z Internetu jest kradzieżą to oldschoolowy argument rozpropagowany przez wytwórnie muzyczne i filmowe na początku lat 2000. Tak jak dawniej tak i teraz nie trzyma się on kupy z prostej przyczyny: utożsamia rzeczywistą szkodę z utraconymi zyskami. Nielegalne ściągnięcie cyfrowego utworu z sieci nie jest kradzieżą, bo utwór ten nie ma materialnego nośnika. Wydawca fizycznie nic nie stracił, nie sięgnęliśmy mu przez sieć P2P do portfela. Jedyne, co wydawca stracił, to potencjalne zyski. Podkreślam tutaj słowo potencjalne, ponieważ w przypadku towarów nieistotnych dla normalnego funkcjonowania, takich jak muzyka, filmy, czy nawet artykuły naukowe, jest wysoce wątpliwe, czy osoba kupiłaby dany utwór, gdyby nie miała możliwości ściągnięcia go z sieci.

Źródełko zdjęcia: Photo by Michael Geiger on Unsplash

KategorieChemiaPrawoPrzemyślenia

Podatek cukrowy

Podatek cukrowy czy też „opłata cukrowa”, czyli obciążenie słodkich napojów dodatkową daniną na rzecz Narodowego Funduszu Zdrowia i budżetu państwa, to w swoich założeniach całkiem rozsądny pomysł. Jego wdrożenie w Polsce budzi jednak pewne zastrzeżenia, podobnie jak nasza reakcja na pandemię COVID-19. Niby zaczęliśmy dobrze, ale w miarę upływu czasu sytuacja coraz bardziej zaczęła wymykać się spod kontroli. Podejście „dobre założenia, kiepskie wykonanie” powoli chyba staje się naszą nową tradycją narodową. W tym wpisie postaram się przystępnie przedstawić istotę podatku cukrowego, dowody naukowe przemawiające za jego wprowadzeniem oraz sposób jego wprowadzenia przez polskie ustawodawstwo i wydać ostateczny werdykt, czy przepisy te mają szanse osiągnięcia swojego zamierzonego celu – zniechęcenia ludzi do picia napojów słodzonych cukrem. Zahaczę też o kwestię stosowania słodzików w zastępstwie cukru, bo stanowisko polskiego ustawodawcy w tej sprawie jest niepozbawione kontrowersji.

Zacznijmy jednak od rzeczy podstawowych, bo jeżeli mam kogokolwiek przekonać do podatku cukrowego, to musimy się zgadzać co do tego, że cukier w diecie nie jest pożądany. O jakim cukrze w ogóle mówimy? Problemem są przede wszystkim tak zwane cukry dodane (added sugars, free sugars). Są to monosacharydy (fruktoza i glukoza) oraz disacharydy (sacharoza tj. cukier stołowy, maltoza i trehaloza) powszechnie stosowane jako środki słodzące w produktach spożywczych. Naturalnie występujące cukry, na przykład fruktoza w owocach, nie są uznawane za cukry dodane. Istnieje obecnie silny naukowy konsensus, wskazujący na negatywne konsekwencje spożywania nadmiernych ilości cukru dodanego. Poprzez zaburzenie gospodarki energetycznej cukier dodany może prowadzić do otyłości, która wiąże się m.in. ze zwiększonym ryzykiem chorób układu krążenia, stłuszczenia wątroby, cukrzycy typu 2 oraz próchnicy zębów (w kwestii nadwagi oraz stygmatyzacji otyłości patrz PS2).

Nieco kontrowersyjna jest jednak bezpośrednia rola cukrów dodanych w powodowaniu wspomnianych chorób. Chodzi o sytuacje, kiedy osoba spożywa dawki cukru większe niż zalecane, ale nie przekracza dziennego zapotrzebowania na kalorie. Mimo istnienia prawdopodobnego mechanizmu, za pomocą którego nadmiernie spożycie cukrów dodanych może być chorobotwórcze, obecne badania nie rozstrzygają tej kwestii jednoznacznie. Po Internecie krążą też historyjki o ludziach, którzy na słodyczach i śmieciowym jedzeniu, jednak ze ścisłym deficytem kalorycznym, stracili na wadze. Jestem spokojnie w stanie w to uwierzyć, bo skuteczna dieta w dużej mierze sprowadza się do zasady „calories in-calories-out” – dopóki mamy deficyt to niezależnie od tego co jemy, powinniśmy powoli tracić na wadze.

Nie powinno to jednak uspokajać łasuchów z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, upchnięcie wysokokalorycznych produktów w dziennym limicie oznacza rezygnację z innych produktów zawierających niezbędne mikro- i makroskładniki odżywcze. Pogodzenie zbilansowanej diety ze słodyczami do łatwych nie należy. Po drugie, jeżeli skrupulatnie nie liczycie kalorii i/lub nie torturujecie się codziennymi ćwiczeniami to raczej nic nie wyjdzie z utrzymania się w limicie albo zrobienia deficytu. I na koniec, fakt, że hipoteza o bezpośrednim wpływie cukrów dodanych np. na cukrzycę typu 2 jest kontrowersyjna, nie oznacza, że nie ma dobrych dowodów naukowych na jej poparcie. Może się więc okazać, w miarę jak napływają nowe badania, że cały ten nasz misterny plan diety słodyczowej skończy się chorobą. Wolę nie przekonywać się na sobie.

Zgodnie z zaleceniami Światowej Organizacja zdrowia (WHO) jak i amerykańskiego Center For Disease Control wartość kaloryczna cukru dodanego nie powinna przekraczać 10% dziennego zapotrzebowania na kalorie. Czyli jeżeli nasze dziennie zapotrzebowanie na kalorie wynosi 2000 kcal to zaledwie 200 kcal powinno pochodzić z cukrów dodanych. To nie jest nawet jeden batonik czy pączek. A cukry dodane znajdują się przecież w wielu innych produktach, chociażby w keczupie. Warto też mieć na uwadze, że produkt, z którego cukier dodany pochodzi nie ma tutaj znaczenia – cukier trzcinowy, zawierający sacharozę i melasę; miód, zawierający przede wszystkim glukozę i fruktozę oraz w mniejszych ilościach także sacharozę i maltozę; czy syrop klonowy, zawierający przede wszystkim sacharozę, nie są bardziej „zdrowe” niż cukier stołowy. Różnice kaloryczne pomiędzy tymi produktami są niewielkie. Wniosek z tego taki, że cukier to cukier, nie ma co się oszukiwać, że miód albo syrop klonowy są w porządku, bo przecież „są bardziej naturalne”.   

Spójrzmy teraz jak ma się sprawa z cukrem dodanym w napojach. Spożycie napojów słodzonych cukrem (sugar sweetened beverages, SSB) w Stanach w latach 1999-2010 nieznacznie spadło, utrzymywało się jednak na poziomie przekraczającym zalecane wartości maksymalne. Napoje słodzone były wtedy, i najpewniej nadal są, największym źródłem cukrów dodanych w diecie Amerykanów. Mają też bezpośredni wpływ na występowaniem otyłości, zgodnie z wynikami kilku dużych metaanaliz, w tym jednej zleconej przez WHO. Niestety nie udało mi się znaleźć wiarygodnych danych na temat spożycia napojów słodzonych cukrem w Polsce. Jedyne informacje, do jakich dotarłem, pochodzą z nieopublikowanego artykułu dostępnego na stronie „Woda na start”. Jest to inicjatywa promująca picie wody, sponsorowana przez jednego z dużych producentów wody butelkowanej, więc nie jestem pewien ich wiarygodności. Niemniej, założenie, że Polacy piją podobne ilości napojów słodzonych cukrem wydaje mi się uzasadnione, zważywszy na skalę globalizacji i mocno zakorzenioną obecność dużych koncernów produkujących słodkie napoje na polskim rynku. Zgadza się ono również z moimi własnymi obserwacjami. 

Wszystkie te badanie byłby jednak na nic, gdyby okazało się, że podatek cukrowy nie jest efektywnym środkiem do zmiany rynku i preferencji konsumentów. Producenci mogliby przerzucić koszty na konsumentów, a ci mogliby dalej kupować słodzone cukrem napoje pomimo wyższych cen. Byłby to wtedy jedynie sposób na dodatkowe opodatkowanie obywateli. Dotychczasowe badania sugerują jednak, że podatek cukrowy rzeczywiście działa. W Meksyku w roku 2014 podatek cukrowy spowodował spadek ilości kupowanych napojów słodzonych cukrem o średnio 6,3%. Spadek ten był odwrotnie skorelowany z dochodem gospodarstwa domowego – im mniejszy dochód tym wyższy spadek kupowania napojów słodzonych cukrem. Autorzy zanotowali także wzrost ilości kupowanej wody o 16,2%, ale jedynie wśród mieszkańców miast.

Badania przeprowadzone w UK między rokiem 2015 a 2018 wykazały, że spożycie napojów słodzonych spadło o 30% na osobę, średnia zawartość cukru w dostępnych na rynku napojach spadła z 4,4 g na 100 ml do 2,9 g na 100 ml, sprzedaż napojów z zwartością cukru powyżej 5 g / 100 ml spadła o 50%, a sprzedaż słodkich napojów niskokalorycznych i bezkalorycznych wzrosła o 40%. Jeżeli ta ostatnia statystyka Was niepokoi to wstrzymajcie swoje konie, jeśli mogę sobie pozwolić na taką kalkę z języka angielskiego. Będzie później mowa i o tym.

Do podobnych wniosków doszli także badacze z wielu innych krajów. Przeprowadzona w zeszłym roku metaanaliza 22 badań przeprowadzonych w Chile, Stanach Zjednoczonych, Meksyku, Hiszpanii, Francji, Finlandii oraz na Węgrzech, wykazała istotne zmniejszenie ilości kupowanych oraz spożywanych napojów objętych podatkiem. Co ważne, autorzy metaanalizy zwracają uwagę również na fakt, że rodzaj podatku może mieć wpływ na jego efektywność. Bardziej skuteczne było ustalenie wysokości podatku zależnie od zawartości cukru niż ceny produktu. Podatek cukrowy na napoje słodzone ma też wyjątkowo dobre przełożenie kosztów wprowadzenia na zyski, zmniejszając ponoszone koszty społeczne chorób związanych z nadmiernym spożywaniem cukru dodanego.

Producenci napojów słodzonych cukrem często podnoszą argument, że podatek cukrowy uderzy przede wszystkim w najuboższych, ponieważ dodatkowa opłata przerzucona zostanie na konsumentów. Chociaż istnieją badania wskazujące na korelację pomiędzy niższym dochodem gospodarstwa domowego i wykształceniem konsumentów a spożyciem napojów słodzonych, argument ten pomija pewien istotny fakt: w odpowiedzi na wyższe ceny napojów ludzie zmieniają swoje nawyki.

Niektórzy przeciwnicy podatku cukrowego z oburzeniem zauważają także, że przecież cukier jest w innych rzeczach, których jednak nikt nie obarcza daniną. Ten argument to zwykły whataboutism – próba odwrócenia uwagi od rzeczywistego problemu i to nawet nie jakoś szczególnie skuteczna, bo,  jak zauważają badacze zajmujący się problemem cukru dodanego, słodkie napoje stanowią dodatkowe źródło kalorii. Wyeliminowanie go miałby więc znaczący wpływ na ogólną równowagę kaloryczną diet wielu ludzi. Poza tym w przypadku napojów mamy też dobre zamienniki monosacharydów i disacharydów: bezkaloryczne słodziki takie jak aspartam. Albo można po prostu pić wodę. Swego czasu cyrkulował taki mem, że kiedy osoba otyła zamawia sobie duży posiłek i do tego bierze napój słodzony słodzikiem to „hehe, co za ironia”. Zawsze dobijał mnie ten dziwny żarcik, w dodatku doprawiony stygmatyzacją otyłości, bo wbrew opowiadającym go śmieszkom takie zachowanie jak najbardziej ma sens. Nierozsądnym byłoby działanie odwrotne: przy już przekroczonym limicie kalorycznym iść na całość i dorzucać sobie kolejne kilkaset kilokalorii w postaci słodzonego napoju.

Podstawowe założenia już mamy: cukier dodany jest szkodliwy, zwłaszcza w napojach, a podatek cukrowy zdaje się działać. Przeanalizujmy teraz jak podatek ten będzie wyglądał w Polsce. Zanim zagłębimy się w konkretne przepisy omówmy szerszy kontekst jego wprowadzenia. Niektórzy komentatorzy ostrzegają, że środek pandemii to nie jest to właściwy moment na dorzucanie kolejnych obciążeń finansowych. Wypada jednak zadać sobie pytanie o kogo dokładnie tym ludziom chodzi. Jeżeli myślimy o nadmiernym obciążeniu konsumentów, to tym raczej nie ma co się szczególnie przejmować, bo badania wskazują na zmianę konsumenckich preferencji w odpowiedzi na wprowadzenie podatku cukrowego.

Natomiast jeżeli chodzi o producentów napojów słodzonych to są to najczęściej globalne koncerny (Coca-Cola, PepsiCo), więc nawet jeżeli trochę na tym zbiednieją to nie przejmowałbym się tym nadmiernie. Zresztą nie jest dla mnie do końca jasne, jak sama pandemia miałaby zaszkodzić interesom tych spółek. Ludzie siedzą więcej w domu i przez to piją mniej napojów słodzonych? Inaczej może przedstawiać się sytuacja plantatorów np. buraków cukrowych, ale tutaj mamy ten sam problem co z węglem. Nie możemy dalej robić tego co robiliśmy tylko dlatego, że jakaś gałąź przemysłu na tym zarabia. Całe społeczeństwo na tym traci, bo za leczenie chorób związanych z nadmiernym spożyciem cukru płacimy my wszyscy w naszych podatkach. W dodatku ponosimy też pośredni koszt w postaci utraconego ludzkiego potencjału – ludzie, którzy chorują lub umierają przedwcześnie mogliby nadal pracować.

Przepisy dotyczące „opłaty” cukrowej wprowadzone zostaną ustawą o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów (patrz PS). Zgodnie z jej projektem pieniądze z podatku mają trafić do NFZ (96,3%) oraz budżetu państwa (3,5%). Ustawa wprost określa również cel, na jaki NFZ ma przeznaczyć zgromadzone środki:

(…) na działania o charakterze edukacyjnym i profilaktycznym oraz na świadczenia opieki zdrowotnej związane z utrzymaniem i poprawą stanu zdrowia świadczeniobiorców z chorobami rozwiniętymi na tle niewłaściwych wyborów i zachowań zdrowotnych, w szczególności z nadwagą i otyłością.

Nie widzę problemu w takim zagospodarowaniu tych środków. Obawiam się jednak, czy nie odbędzie się to jedynie „na papierze”. Nie tak dawno byliśmy świadkami sytuacji, w której Minister Sprawiedliwości przekazał ćwierć miliona złotych z Funduszu Sprawiedliwości dla ochotniczej straży pożarnej w Tuchowie. Czyli zamiast dla ofiar przestępstw i osób zwalnianych z zakładów karnych, w ramach pomocy postpenitencjarnej, pieniądze trafiły do gminy jawnie dyskryminującej ludzi LGBT+ jako rekompensata za odebranie jej środków unijnych. Nie sposób się nie zastanawiać, na co rzeczywiście przeznaczone zostaną te środki.   

Ale spójrzmy teraz na same przepisy wprowadzające podatek cukrowy. Zgodnie z art. 12a 1. „opłata” będzie dotyczyć napojów z dodatkiem:

(…) cukrów będących monosacharydami lub disacharydami oraz środków spożywczych zawierających te substancje oraz substancji słodzących, o których mowa w rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1333/2008 z dnia 16 grudnia 2008 r. w sprawie dodatków do żywności (Dz. Urz. UE L 354 z 13) Zmiany tekstu jednolitego wymienionej ustawy zostały ogłoszone w Dz. U. z 2019 r. poz. 1394, 1590, 1694, 1726, 1818, 1905, 2020 i 2473. 12 31.12.2008, str. 16, z późn. zm.14). 

W artykule 12f ustawa precyzuje wymiar opłat. Będzie to „0,50 zł za zawartość cukrów w ilości równej lub mniejszej niż 5 g w 100 ml napoju, lub za zawartość w jakiejkolwiek ilości co najmniej jednej substancji słodzącej” oraz „0,05 zł za każdy gram cukrów powyżej 5 g w 100 ml napoju”. Maksymalna opłata ma wynosić 1,2 zł za litr. Sama forma podatku wydaje się zatem sensowna. Mamy wyższe opłaty dla napojów z większą zawartością cukru.

Żeby dojść do czego dokładnie te przepisy się odnoszą trzeba było trochę pokopać. W przypadku monosacharydów i disacharydów sprawa jest jasna. „Substancje słodzące” wymagają jednak rozwinięcia. We wspomnianym rozporządzeniu definiowane są jako „substancje stosowane do nadania środkom spożywczym słodkiego smaku lub stosowane w słodzikach stołowych”. Tylko tutaj mamy kolejne odesłanie do prawniczej definicji, bo czym dokładnie są „słodziki stołowe”? W innej części rozporządzenia znajdziemy taką definicję: „(…) oznaczają preparaty dozwolonych substancji słodzących, które mogą zawierać inne dodatki do żywności lub składniki żywności oraz które są przeznaczone do sprzedaży konsumentowi końcowemu jako substytut cukrów”.

Jak widać jednak przy wprowadzeniu podatku cukrowego rykoszetem oberwało się też bezkalorycznym słodzikom. I to podwójnie, bo ustawa wprowadza także opłatę w wysokości 0,10 zł w przeliczeniu na litr dla napojów z dodatkiem kofeiny i tauryny. Jest to o tyle dziwne, że ustawa wyłącza z opodatkowania soki z zawartością masy owoców powyżej 20% i mniej niż 5 g cukru na 100 ml. Z jakiegoś powodu z podatku wyłączone zostały suplementy diety. Znając pomysłowość polskich przedsiębiorców i swobodną regulację rynków suplementów nie zdziwiłoby mnie, gdybyśmy doczekali się „suplementów diety” w postaci Trzech cytryn Zbyszko „wzbogaconych o witaminę C”. Zamiast zatem próbować nakłonić ludzi do przerzucenia się na najlepszą dostępną alternatywę (napoje słodzone bezkalorycznymi słodzikami) mamy duże parcie na soki, które nie są rozwiązaniem idealnym, i wodę. Jako ktoś kto kilka lat temu zrzucił ponad 10 kg permanentnie zmieniając nawyki żywieniowe powiem tak: przerzucenie się z napojów z cukrem wyłącznie na wodę potrafi być niesamowicie trudne.

Być może niektórzy z Was zaczynają sobie teraz myśleć coś takiego: „Zaraz, co z tego, że słodziki też są objęte tym podatkiem? Przecież słodziki to sama CHEMIA”.  Okej, z tą chemią to musicie trochę wrzucić na luz. Wszystko jest chemią. Woda jest chemią (H2O chyba każdy pamięta z zajęć chemii). Naturalnie rosnące owoce zerwane z jabłoni na działce są wręcz przepełnione chemią. A teraz najbardziej szokujący fakt: wy też jesteście chemią. My wszyscy jesteśmy chemią. Dosłownie wszystko, co istnieje składa się z takich czy innych pierwiastków i związków chemicznych. To, że jedne są naturalne a inne wytworzone w laboratorium nie ma większego znaczenia. Sztuczne związki chemiczne są często identyczne do tych naturalnych, nie sposób ich odróżnić.

Poza tym sam fakt, że coś jest naturalne nie mówi nam zupełnie nic o jego bezpieczeństwie. Arszenik jest naturalnie występującym pierwiastkiem. Związki arszeniku występują naturalnie w przyrodzie. Jak chcecie jeszcze bardziej oczywisty przykład to pomyślcie o muchomorach sromotnikowych. Są w 100% naturalne. O toksyczności związków decyduje przede wszystkich ich skład molekularny oraz dawka. Zwłaszcza o tym drugim zbyt rzadko się wspomina. Nawet zwykła woda potrafi być toksyczna. Wypicie bardzo dużej ilości wody w krótkim czasie może prowadzić do zaburzenia gospodarki elektrolitowej w organizmie i ostatecznie śmierci.

Ale może słodziki należą do tej szkodliwej chemii? Nie będę tutaj odnosił się do wszystkich słodzików, bo zwyczajnie nie ma na to tutaj miejsca. Skupię się zatem tym najlepiej przebadanym i najczęściej używanym: na aspartamie. Od lat 70. aspartam został gruntownie przebadany pod kątem toksyczności, nie tylko na ogólnej populacji, ale także na wielu subpopulacjach np. dzieciach, karmiących matkach i ludziach z cukrzycą. Żadne badania nie wykazały istotnego zagrożenia dla zdrowia w odniesieniu do dawek, które można przyswoić w spożywanych produktach. Aspartam przebadano pod kątem wpływu m.in. na ból głowy, epilepsję, nastrój, zdolności poznawcze, zachowanie i reakcje alergiczne. Aspartam nie jest też rakotwórczy.

Mimo to aspartam dalej jest demonizowany, często w kompletnie bezmyślny sposób. Przykładowo autor tego przypadkowo znalezionego artykułu, ubolewając nad faktem, że podatek cukrowy w Wielkiej Brytanii spowodował zastąpienie cukru w napojach słodzikami, zwraca uwagę na fakt, że aspartam „zawsze był kontrowersyjny”. Jako źródło podaje ten wpis na Wikipedii. Gdyby jednak autor przeczytał dalej niż pierwsze dwa zdania tego wpisu dotarłby do takiej informacji:

Zarzuty o potencjalnych źródłach ryzyka [stwarzanego przez normalną konsumpcję aspartamu] zostały przeanalizowane i odrzucone przez wiele projektów badawczych. Za wyjątkiem ryzyka dla osób z fenyloketonurią, aspartam jest powszechnie uznawany za bezpieczny dodatek spożywczy, zarówno przez rządy jak i organizacje zajmujące się zagadnieniami zdrowia i bezpieczeństwa żywności (moje tłumaczenie).  

Autor wspomnianego artykułu obnaża także swoją ignorancję na temat metody naukowej, domagając się definitywnych dowodów na „bezpieczeństwo aspartamu”. Nauka takich dowodów dostarczyć nie może. Ze względu na to jak działa proces testowania hipotez (można je jedynie obalać, ale nigdy potwierdzać) możemy jedynie próbować wykluczyć ryzyko związane ze spożywaniem jakichś substancji. Gdybyśmy takie same standardy dowodowe stosowali wobec innych produktów spożywczych to umarlibyśmy z głodu i pragnienia.

Biorąc pod uwagę nieuzasadniony atak polskiego ustawodawcy na słodziki spożywcze, trudno jest mi ocenić wprowadzone przepisy jako jednoznacznie pozytywne. Słodziki bezkaloryczne są bezpieczne i stanowią bardzo dobrą alternatywę dla napojów słodzonych cukrem. Oczywiście, jeżeli ktoś jest w stanie przerzucić się wyłącznie na wodę to tym lepiej dla tej osoby. Obawiam się jednak, że wielu ludzi może nie mieć tak silniej woli – ja sam nie miałem. Nie wiadomo, jak na podatek w tej formie zareagują producenci słodkich napojów i jak wpłynie on na preferencje Polaków. Polski podatek cukrowy, chociaż dobry w założeniach, ma zatem bardzo wiele niewiadomych. Mam nadzieję, że w najbliższych latach jakaś grupa badaczy pokusi się o badania i będziemy mieć lepszy ogląd sytuacji.

PS. Za każdym razem, kiedy piszę o jakimś bieżącym temacie dotyczącym naszego kraju, poraża mnie jak beznadziejnie jest polskie dziennikarstwo online. Chyba z pół godziny szukałem informacji o tym, jak nazywa się ustawa wprowadzająca podatek cukrowy i gdzie można ją znaleźć. Dosłownie żaden artykuł nie podał linku do podstawowego źródła, na które się powoływał.

PS2. Otyłość to nie to samo co nadwaga. Nadwaga jest stanem, w którym waga ciała przekracza wagę optymalną dla budowy ciała danej osoby, i wiąże się z ryzykiem otyłości. Otyłość natomiast to chorobliwa nadwaga. Zwracanie uwagi na związek otyłości z chorobami to żaden fat-shaming. Stygmatyzacja otyłości to bezpodstawne atakowanie ludzi tylko za to, że są otyli lub, że nie odpowiadają przyjętym kanonom piękna. Czasem jest ono złośliwe, czasem podszyte pokrętną troską o dobro tej osoby. Praktycznie zawsze jest ono jednak kontrproduktywne. Nie znaczy to jednak, że możemy albo powinniśmy ignorować rzeczywiste zagrożenia zdrowotne wynikające z otyłości.    

Źródełko zdjęcia: Photo by Mae Mu on Unsplash